środa, 23 marca 2016

#08 Może jestem zepsutym egzemplarzem, który nie nadaje się do naprawy?

          Złapałem za parujący kubek z kawą. Wolną dłonią podciągnąłem czarne dresy. Ruszyłem w stronę salonu. Usiadłem na kanapie. Upiłem łyk gorącego napoju. Wokół mnie panowała cisza, która powoli naprawdę zaczęła mnie irytować. Niewiele myśląc odstawiłem kubek, a następnie odpaliłem telewizor. Zostawiłem wiadomości, skupiając wzrok na laptopie. Dochodziła pierwsza po południu, a ja kompletnie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Byłem chyba naprawdę beznadziejnym przypadkiem.
           Wziąłem głęboki oddech i złapałem za komputer. Opaliłem go. W sumie sam nie wiedziałem, po co go włączam. Nie miałem ochoty na żadne gry. Nagle jednak coś mnie tchnęło. Gdy laptop był gotowy do działania, wszedłem w wyszukiwarkę. Przez następne dwie godziny maglowałem wiadomości o sobie. Dopiero teraz doskonale nakreślił mi się obraz porażki własnej egzystencji. Krzywiłem się za każdym razem, widząc krzykliwy tytuł mówiący o tym, że Luke Hemmings znów się stacza. Ale, hej! Mieli cholerną pieprzoną rację. Na dowód były zdjęcia. Medialne hieny trafiły w sedno i nawet nie próbowałem temu zaprzeczać.
           Podskoczyłem w miejscu, niemalże upuszczając komputer. Na szczęście w porę udało mi się go złapać. W salonie rozległ się dźwięk dzwoniącego telefonu, a wibracja z urządzenia przeszła wzdłuż mojego uda. Odstawiłem szybko laptopa, sięgając do kieszeni. Zagryzłem mocno wargę, widząc osobę dzwoniącą. Kolejne połączenie z Sydney.
- Tak?
- Cześć, Luke – powiedział Ben, mój najstarszy brat. – Chociaż powinienem powiedzieć: cześć, dupku.
- Droga wolna.
- Cześć, dupku.
- Cześć, Ben. Co u ciebie?
- Serio się pytasz czy zaraz znów zaczniesz pieprzyć?
- Dzwonisz po to, by mnie wkurwić?
- Nie, sprawdzam, czy jeszcze oddychasz – skwitował. – Mama poprosiła mnie, bym dowiedział się, czy nie wpadłeś w kolejne kłopoty.
- Wychodzę z nich.
- Oczywiście. Ciągle ta sama śpiewka, co nie, stary?
- Teraz naprawdę z nich wychodzę. Chodzę na terapię- skłamałem.
- Jej… To faktyczny postęp.
- Czemu… Czemu mama sama do mnie nie zadzwoniła?
- Jeszcze się pytasz? Po ostatniej waszej rozmowie znów przepłakała dwa dni. Jesteś idealnym synem, Luke. Idealnym w ostatnim czasie.
- Nie dobijaj mnie.
- Nie muszę, sam to robisz – odpowiedział Ben, używając ostrzejszego tonu. – Cieszę się jednak, że w końcu wziąłeś się w garść i postanowiłeś coś ze sobą zrobić. Nie chcę… Nie chcę stracić kolejnego brata, jasne? Chociaż mam wrażenie, że i tak nasza rodzina w jakiś sposób cię straciła.
- Nie, ja… To… Cholera – mruknąłem, czując, jak zaczynają mnie piec oczy. Zamrugałem kilka razy, a następnie przetarłem pospiesznie policzki, chcą zetrzeć słone łzy. Byłem beznadziejnym przypadkiem i teraz kolejny raz to pokazywałem.
- Mam nadzieję, że ci się uda i że wróci dawny Luke. Jakbyś potrzebował… czegokolwiek, dzwoń. Nadal jesteśmy rodziną.
           Już chciałem coś odpowiedzieć, ale Ben się rozłączył. Zacisnąłem zęby, odrzucając telefon na bok. Przechyliłem się do tyłu, padając na poduszki. Po raz kolejny przetarłem dłońmi twarz, czując pod palcami mokre policzki. Po raz kolejny doprowadziłem moją mamę do łez, po raz kolejny zawiodłem swoich najbliższych. I mimo tego, mój brat nadal się w jakiś sposób o mnie martwi i wyciąga pomocną dłoń. Palące poczucie winy ponownie wypełniło mnie od środka. Dlaczego wszystko musiałem schrzanić? Począwszy od Jacka, kończąc na rujnowaniu własnej rodziny. Ben miał rację – sam się dobijam. I sam jestem wszystkiemu winien.

           Nie mogłem zbyt długo usiedzieć w pustym mieszkaniu. Po telefonie od Bena czułem się jeszcze gorzej i niemalże chciwie domagałem się jakiekolwiek towarzystwa. Byłem gotowy zrobić wszystko, by nie zostać znów sam. By nie pozwolić moim pesymistycznym myślą na ponowne przejęcie kontroli. Dlatego szybko ubrałem się i zrobiłem nalot na dom bliźniaków. Byli oni, jak na razie jedynymi osobami, które mogły, choć odrobinę wypełnić pustkę, która rozdzierała mnie od środka.
- Daniel ma kaca – skwitował ze śmiechem Ashton, kiedy oboje weszliśmy do salonu. 
           Spojrzałem na jego wytatuowanego bliźniaka, który wyglądem przypominał mi zombie. Miał podkrążone czerwone oczy, a jego twarz była blada, jak ściana. Zawinięty był w koc prawie po samą brodę.
- Zdychasz? – zapytałem, siadając obok niego.
- Jezu… Nie trzęś mną – jęknął pod nosem młodszy Irwin. – Glaca mi pęka. Chcę umrzeć.
- A może chcesz drinka! – krzyknął mu nad uchem Ashton.
- Jak ja cię nienawidzę. To niemożliwe, że mamy tych samych rodziców- wymamrotał Daniel, a potem wsunął się bardziej pod koc, przykrywając się, aż po czubek głowy.
- Jak się udusisz, to będziesz świnią do kwadratu – rzucił Ash, siadając na fotelu. – Odsłoń ryj, bo ten dom opłacamy wspólnie, więc nie zostawisz mnie z rachunkami!
- Kochany braciszek, martwi się tylko o swoją dupę.
- Nie możesz zostawić zespołu – powiedziałem ze śmiechem, klepiąc go po ramieniu.
- I to mówi ten, co go niby nie zostawił – wysyczał Daniel, odkrywając lekko koc. Jedno przekrwione czerwone oko, spojrzało wprost na mnie, a ja zwiesiłem głowę. – Wybacz, stary. Ja nie…
- Daj spokój, to prawda – rzuciłem, wzruszając ramionami. – Akurat teraz powiedziałeś prawdę.
- Będąc przy temacie zespołu – zaczął powoli Ash, rozkładając się na fotelu. – Próbowałeś wyjaśnić całą sprawę z Calumem?
- On na razie nie chce ze mną rozmawiać.
- Okej, czyli pod tym względem tkwimy w tym samym miejscu. Ale głowa do góry – pociągnął starszy Irwin. – Hood w końcu się nawróci, zdobędzie się na to żeby cię wysłuchać.
- Gadasz, jak jakiś klecha – podsumował go Daniel.
- Przynajmniej jestem tym mądrzejszym bliźniakiem.
- Ja za to jestem tym słodszym.
- Wyglądamy tak samo.
- Kiedyś wyglądaliśmy tak samo. Fanki lecą na mnie, nie na ciebie mimo, że jestem gejem, co daje mi pozycję słodszego Irwina. – Ashton zerknął na mnie. Zacisnąłem lekko usta, starając się nie ryknąć śmiechem.
- Nie pomożesz mi? – mruknął z niedowierzaniem.
- Ale ma racje – odpowiedziałem, wskazując palcem jego umierającego brata. – Fanki lecą na niego najbardziej.
- Jebcie się obaj, frajerzy!

            Daniel w cudowny sposób ozdrowiał, gdy odezwał się do niego barman z nowego klubu, w którym wczoraj balowali bliźniacy. Domyśliłem się, skąd mógł się w wziąć w nim ten entuzjazm. Najwidoczniej młodszemu Irwinowi ten pracownik wpadł w oko. Nic dziwnego, że zaraz zaczął nas namawiać na wspólne wyjście. 
            Z początku w ogóle nie chciałem się zgodzić. Z drugiej jednak strony, potrzebowałem przestrzeni i odrobiny zabawy, by nie pogrążyć się w kiepskim humorze jeszcze bardziej. Kiedy z moich ust padło magiczne tak, pójdę z wami, Ash oznajmił, że w razie co będzie mnie pilnował, abym nie zrobił niczego głupiego. Przemilczałem to, mając głęboką nadzieję na to, że sam dam radę się upilnować i po raz kolejny nie narobić sobie i im obciachu. A w szczególności nie chciałem zrobić kroku do tyłu, w tym małym postępie, który udało mi się osiągnąć.
            Podniosłem głowę, by spojrzeć na duży budynek klubu City of Angels. Bladoniebieskie światła oświetlały wejście, tworząc na chodniku różnorakie mozaiki. Daniel klepnął mnie w plecy i jako pierwszy podszedł do ciemnych drzwi. Pchnął je, znikając w ciemnym wnętrzu budynku. Ja i Ashton zaraz ruszyliśmy za nim. Gdy tylko minąłem próg, uderzyła we mnie głośna muzyka. Na zewnątrz nic nie było słychać, więc całość musi być mocno wyciszona. Ochrona sprawdziła nasze dokumenty, a następnie przeszliśmy na główną salę, pełną bawiących się osób.
            Młodszy Irwin od razu pokierował nas w stronę podświetlonego baru. Zauważyłem, jak się uśmiechnął, skupiając wzrok na wysokim czarnowłosym chłopaku w białej koszuli, który szykował drinki przy wysokiej ladzie.
- Jesteś! – powiedział na jego widok, gdy Daniel usiadł na krześle.
- Obiecałem, że wpadnę.
- Nowy kolega? – Nieznajomy wskazał na mnie palcem. – Jestem Patrick.
- Luke.
- Wiem, kojarzę cię z zespołu – powiedział, nie przestając się uśmiechać. – Czego się napijecie?
- Piwo – rzucił równo Ashton i Daniel.
- Widzę, że dzisiaj na spokojnie – odparł barman, a następnie jego zielone oczy skupiły się na mnie. – A dla ciebie co?
- Piwo – odpowiedziałem, starając się brzmieć na pewnego siebie, choć w tym momencie wiedziałem, że łamię cholerne zasady. Ale przecież jedno piwo jeszcze nikogo nie zabiło, prawda?
- Ponoć miałeś nie pić- mruknął perkusista, kiedy usiadłem obok niego.
- Nie upiję się dzisiaj.
- Mam nadzieję – odparł, dokładnie mi się przyglądając. Posłałem mu lekki uśmiech, licząc na to, że Ash się odczepi. Wystarczyła mi jedna niania na głowie. Chociaż teraz Clifford miał wolne.

            W ogóle nie powinienem był tu przychodzić. Mogłem przezwyciężyć głupią chęć zabawy i towarzystwa, na rzecz zakopania się samotnie w swojej pościeli w sypialni. Wtedy może umiałbym przestrzegać zasad, do jakich się zobowiązałem. Jednak przyszedłem do klubu, co znów sprawiło, że cofnąłem się do punktu, w którym byłem na początku tygodnia. Znowu alkohol w jakimś stopniu mnie pokonał.
             Byłem wstawiony. Mimo tego, że Ashton prosił mnie o to, bym zakończył na dwóch piwach, ja popłynąłem dalej. Rozkręciłem się, zmieniając bursztynowy napój na coś mocniejszego. Przestałem słuchać głosu rozsądku, który brzmiał, jak starszy Irwin i Clifford w jednym. Popłynąłem, dając się ponieść chwili. Nie było jednak tak, że znów urżnąłem się, jak świnia. Kontaktowałem całkiem nieźle i wiedziałem, że może wszystko skończy się znacznie lepiej, niż zazwyczaj. Mój humor zmienił się diametralnie, choć nie stałem się wrednym palantem, a osobą, która chce się dobrze bawić do końca.
              Kiedy w końcu udało mi się zgubić Ashtona i Daniela, którzy zaczęli bawić się w moje prywatne opiekunki. Opuściłem klub w towarzystwie ładnej brunetki, którą poznałem na holu przy toaletach. Z jej paplaniny zrozumiałem, tylko tyle, że jest naszą fanką. Ach… I miała na imię Vanessa. Albo może Victoria? Zresztą nieważne. Była chętna na zmianę otoczenia, tak samo, jak ja.
              Wpadliśmy do wolnej taksówki. Podałem mężczyźnie adres hotelu, do którego jechaliśmy zawsze, gdy któryś z nas chciał zaliczyć jednorazową przygodę. Dziewczyna od razu wtuliła się w moją klatkę piersiową, nie przestając gadać. W sumie nie słuchałem jej już od dłuższego czasu, a jedyne na co mogła liczyć, to ciche pomrukiwanie i monosylaby, które miały dać jej znać, że niby wiem, o czym mówi.
              Zapłaciłem kierowcy, a następnie oboje wysiedliśmy z samochodu. Weszliśmy do znanego mi hotelu. Podszedłem do kontuaru, a starszy mężczyzna przywitał się ze mną, uśmiechając się szeroko. W tym miejscu nie trzeba było mieć wcześniejszych rezerwacji. Głównie zostawało się tu, tylko na jedną noc, by się zabawić z daleka od wścibskich spojrzeń, a następnie odejść i wrócić do swojego dawnego życia. Przejąłem od niego kluczyk, a następnie chwyciłem Vanessę-Victorię za rękę.
- Poczekaj, aż będziemy w środku – powiedziałem, kiedy w połowie korytarza jej usta zaatakowały moją szyję.
- Nie mogę się doczekać – wymruczała, co wywołało na mojej twarzy lekki uśmiech. – Jestem bardzo niegrzeczną dziewczynką –pociągnęła, przejeżdżając dłonią po mojej klatce piersiowej.
- Niegrzeczna dziewczyna spotkała niegrzecznego chłopca…
- Podoba mi się ta historia – odparła, a potem to ona przejęła stery, bo pociągnęła mnie w stronę drzwi z numerem siedemnaście.
             Otworzyłem je szybko. Po chwili znaleźliśmy się w środku. Brunetka nie czekała na oficjalne zaproszenie. Od razu złączyła nas w pocałunku. Jej dłonie szybko zaczęły rozpinać moją koszulę. Nie pozostawałem jej dłużny, dobierając się do jej sukienki. Na oślep cofnęliśmy się w głąb zielono brązowego pokoju, w którym panowała ciemność. Dziewczyna uderzyła w ramę łóżka. Wtedy oderwała się ode mnie, siadając na miękkim materacu. Widziałem zarys stojącej na szafce lampki, więc zapaliłem ją. Uśmiechnęła się zachęcająco, machając na mnie palcem.
             Poszedłem w jej ślady, wspinając się na materac. Ponownie połączyłem nasze usta, lekko popychając ją do tyłu. Padła na pościel, a ja znalazłem się tuż nad nią. W naszych żyłach płynął alkohol, który zaczął od samego początku nami sterować.
             Moje usta zjechały na jej szyję. Oplotła moje biodra nogami, przyciągając mnie do siebie jeszcze bardziej. Czułem jej palce, które błądziły po mojej skórze. Przemawiało przeze mnie czyste podniecenie, które nie mieszało się z żadnym uczuciem. Chciałem ją zaliczyć, a potem odczekać kiedy zaśnie i zmyć się do domu, by przespać cały jutrzejszy dzień. Mruknąłem pod nosem, gdy dotknęła widocznego już wybrzuszenia w moich spodniach. Otarłem się o nią, wywołując u siebie przyjemny ucisk w podbrzuszu.
- Jeden dzień?! Wytrzymałeś w swoich postanowieniach jeden dzień?! Serio, Hemmings?!
              Słysząc ten głos, podniosłem raptownie głowę do góry. Tuż przy łóżku stał wkurzony Michael. Moje oczy zrobiły się wielkie, jak spodki. Byłem pewny, że momentalnie wytrzeźwiałem. Odskoczyłem od dziewczyny, jak oparzony, niemalże spadając z materaca. Brunetka podniosła się do pozycji siedzącej. Spojrzała na mnie zdezorientowana, unosząc brwi do góry.
- Co jest, Luke?
- Właśnie, co jest, Luke?- ciągnął Michael.
- Ja…
- Spieprzyłeś wszystko – dodał Clifford, krzyżując dłonie na piersi.
- Luke?
- Sam imprezowałeś, zostawiając mnie samego! – warknąłem, jakby to była jego wina. Zaskoczona dziewczyna odwróciła się, patrząc w głąb pokoju. Byłem pewny, że nie widziała Michaela, który niemalże zgrzytał zębami.
- Z kim ty rozmawiasz?
- Możesz się przymknąć – mruknąłem, przenosząc błękitne oczy na chłopka. – Byłeś pewny, że dam sobie radę! Jak widzisz, myliłeś się!
- Luke, o czym ty pieprzysz?! –warknęła brunetka, a potem pospiesznie wstała z łóżka. – Alkohol definitywnie wyżarł ci mózg. Idź się leczyć, Hemmings!
             Odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Spojrzałem z wyrzutem na Clifforda, który w dalszym ciągu mierzył mnie wzrokiem. Podniosłem się i podszedłem do niego. Puknąłem go w klatkę piersiową.
- Jestem słaby, rozumiesz - wydusiłem z siebie, nie mogąc pojąć, czemu w ogóle pozwalam tym słowom opuścić swoje usta. – Słaby, jak nigdy i… Naprawdę chciałem… Starałem się, ale… Potrzebowałem cię, a ciebie nie było!
- Dlaczego nic nie powiedziałeś? – odparł, zmieniając ton na bardziej spokojniejszy. Prychnąłem pod nosem, rozkładając ręce.
- Jestem idiotą – skwitowałem, czując, jak alkohol znów miesza mi w głowie. Jeśli chwilę temu byłem pewny, że ta nagła wizyta przywróciła mnie do porządku, to grubo się pomyliłem. Dalej byłem wstawiony.
- Powinieneś mi powiedzieć.
- Martwisz się o mnie, Mikey? – pociągnąłem, dotykając jego ramienia. – A może… Jesteś zazdrosny, co?
- Co ty pieprzysz, Luke?
- Może wolałbyś być na miejscu tej… Jak jej tam...
- Victoria.
- Mniejsza o nią.
- Znowu robisz z siebie palanta do kwadratu – skwitował, odpychając mnie lekko od siebie. Złapałem jednak za jego koszulkę, by ustać na nogach. Przez materiał wyczułem jego ciepłe ciało. I o dziwo podobało mi się dotykanie go. Nawet jeśli robiłem to przez ubranie.
- Może jestem zepsutym egzemplarzem, który nie nadaje się do naprawy?
- Przestań.
- Lubisz mnie chociaż? – mruknąłem, znowu podchodząc do niego. Poczułem, jak cały się spiął, kiedy objąłem go ramionami.
- Luke?
- Lubisz mnie?
- Lubię, chociaż jesteś skończonym kretynem.
- Ja też cię lubię, Mikey. Chociaż ty jeden…
- Nie użalaj się nad sobą, bo to do niczego nie prowadzi.
- Matka mnie nienawidzi.
- Przestań.
- Przytul mnie – mruknąłem, czując, jak zbierają się w moich oczach łzy. 
             Zdecydowanie powinienem skończyć z alkoholem, bo robi ze mną właśnie coś takiego. Nawet nie potrafiłem ująć mojego stanu słowami. Przeistaczałem się w dupowatą pizdę, która zmienia swoje nastroje szybciej, niż kobieta w ciąży. Robiłem z siebie idiotę, nie mogąc tego przerwać. Nie mogłem przestać wyrzucać z siebie tych durnych słów, które pogrążały mnie jeszcze bardziej. Chyba sobie kupię medal za bycie skończonym debilem.
           Mimo wszystko po chwili poczułem ciepłe ramiona, które powoli i delikatnie owinęły się wokół mnie. Wcisnąłem się w klatkę piersiową chłopaka, słysząc bicie jego serca. Nie sądziłem, że anioły mają serce. Ale najwidoczniej też posiadają podobne do nas organy. Albo coś, co je przypomina. Może Michael jest w środku cyborgiem? Zresztą, nie ważne… Ważne było to, że ten dźwięk dawał ukojenie.
            Zamknąłem oczy, czując, jak Clifford lekko gładzi mnie po plecach. Miało mnie to uspokoić i faktycznie działało. Przestałem się trząść, jak wystraszona panienka, a odzyskałem powoli błogi spokój, który przegonił z głowy natrętne i przykre myśli. Powoli wracała do mnie jakaś równowaga, którą zgubiłem w klubie.
- Luke, powinieneś się przespać i wytrzeźwieć. Porozmawiamy o wszystkim rano.
- Zostaniesz tu?
- Zostanę. 


***
Luke jednak zawalił postanowienia, ale jak widać chyba Cliffo nie był na niego, aż tak zły :) Chyba mu wystarczyło to, że Hemmo w oczach Victorii stał się wariatem do kwadratu, który ma wymyślonego - w jej oczach- kolegę XD Mam nadzieję, że Wam się podobało :)

Marzec powoli dobiega końca, więc nadal zachęcam Was do oddawania głosów na ulubione opowiadanie i bohaterkę. Czasu jest już mniej :) Za wszystkie już oddane głosy - bardzo dziękuję! :)

Przypominam również o Asku!

Kolejny rozdział klasycznie za tydzień.

Pozdrawiam!

6 komentarzy:

  1. Świetny rozdział!
    Byłam cholernie zła na Hemmo , że nie dotrzymał słowa.
    Na szczęście Clifford wpadł w odpowiednim momencie! ⌒.⌒
    Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału! ⌒.⌒

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało :)
      No, Hemmo za długo się nie utrzymał w tej poprawie, ale Mikey czuwa XD
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Genialny rozdział. Ej Hemmo, Hemmo... Całe szczęście jego anioł STRÓŻ jest bardzo wyrozumiały. Hihi, zła ja Xd
    Czekam z niecierpliwością na następny ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział Ci się podobał :)
      za tego stróża to jeszcze Mikey focha walnie XD
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Super rozdział!
    Jak widać Luke nie trzyma się umowy, na szczęście Mikey przerwał w odpowiednim momencie, a swoją drogą jestem ciekawa jakie to przyniesie konsekwencje... I jeszcze ta Victoria, fakt faktem, Hemmo zrobił z siebie debila, ale mam nadzieję, że nie wycieknie to do mediów, bo dopiero wtedy będzie słabo:/
    Jestem strasznie ciekawa następnego rozdziału!
    Pozdrawiam i życzę weny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Luke'a trochę poniosło, ale fakt, Mikey miał wyczucie czasu, aby się zjawić :) Hahaha nawet nie będę zaprzeczać, że nie zrobił XD
      Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń