środa, 6 kwietnia 2016

#10 Bo to ja wszystko zepsułem

            W Los Angeles znów pojawiło się ciepłe słońce, więc Michael wyciągnął mnie z domu po raz kolejny. Szliśmy chodnikiem, co jakiś czas mijając innych przechodniów. Kierowaliśmy się w stronę pobliskiego parku. Zaczynałem powoli lubić to miejsce, pełne spokoju i ciszy. Jakby nagle ten kawałek ziemi był całkowicie odcięty od zatłoczonego i głośnego miasta.
             Usiedliśmy na ławce. Zerknąłem na Michaela, który od razu wystawił twarz do słońca. Przymknął oczy, rozkładając się jeszcze bardziej. Zauważyłem, jak delikatnie się uśmiechnął. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Szczególnie, że od razu przypomniałem sobie chwile z hotelu, kiedy byłem pijany i pozbawiony racjonalnej kontroli nad sobą. Miałem wrażenie, że aż zamrowiły mnie dłonie, kiedy mój mózg przywołał to przyjemne uczcie, gdy go dotykałem. Zagryzłem lekko wargę.
- Gapisz się na mnie od dłuższego czasu – powiedział Clifford, nie zmieniając pozycji, w jakiej się znajdował. Poczułem na policzkach lekkie pieczenie, wywołane wstydem, że mnie na tym przyłapał. Byłem pewny, że moja twarz jest teraz czerwona od wypieków, jakich dostałem. – Co jest?
- Nic – rzuciłem, wzruszając ramionami. Odwróciłem się od niego, w momencie kiedy na mnie spojrzał. Naprawdę nie chciałem, by zobaczył, że po jego słowach zrobiło mi się gorąco.
- Gapisz się. A przyczyny mogą być dokładnie trzy.
- Jakie? – wydusiłem z siebie, skupiając wzrok na palcach własnych dłoni.
- Podoba ci się mój nowy kolor włosów – powiedział ze śmiechem, a ja mimo wszystko uśmiechnąłem się pod nosem. Dzisiaj Michael prezentował na swojej głowie artystyczny nieład w kolorze liliowym. - Druga przyczyna to, że uważasz mnie za seksownego kolesia.
- A ta trzecia? – powiedziałem, nadal unikając jego wzroku.
- Masz sprawę, która wisi ci na serduchu i nie wiesz, jak zacząć temat.
- Zdecydowanie to trzecie – skłamałem. 
              Prawda była taka, że wpatrywałem się w niego, bo najnormalniej w świecie mnie fascynował. No i musiałem to przyznać, że w jakiś sposób mi się podobał, co było dla mnie dość niedorzeczne, zważywszy na to, że byłem hetero. Odgoniłem jednak szybko od siebie te myśli, bo znów poczułem się w pewien sposób zażenowany sam sobą.
- Myślałem, że podobają ci się moje włosy – mruknął, z niezadowoleniem.
- Uważam, że wyglądają świetnie.
- Serio? A Boria mówiła, że to nie mój kolor – dodał ze śmiechem, przejeżdżając dłonią po liliowej czuprynie. W słońcu błysnęła jego aureola, którą znów miał na palcu. Boria, kimkolwiek by dla niego nie była, musiała być ślepa. Zresztą, Clifford prezentował się znakomicie także i w poprzednich kolorach. – Więc co to za sprawa?
- Co?
- Ponoć masz sprawę.
- Ja… - Dobra, Hemmings teraz wymyślaj coś na szybko. Myśl geniuszu kłamstwa, bo sam się wkopałeś. – Chciałem zapytać o… 
             Ale urwałem widząc zatrzymującą się przy placu zabaw rodzinę. Ojciec i matka byli w towarzystwie swoich trzech pociech. A dokładniej trzech synów. Dwoje starszych chłopców trzymało za rękę najmłodszego braciszka, który z uśmiechem na ustach, podskakiwał w miejscu, najwidoczniej nie mogąc doczekać się wejścia na plac.
             Zagryzłem dolną wargę, przypominając sobie własne dzieciństwo. Ben i Jack również się mną opiekowali. Choć byłem najmłodszy, to jednak zawsze znaleźli trochę czasu, by się pobawić. Mimo tego, że żaden z nich nie lubił, gdy kręciłem się wokół ich kumpli. Jednak, jak byliśmy w domu we troje, to umieliśmy wspólnie spędzać czas, a do kłótni nie dochodziło, aż tak często, jak twierdziła zawsze mama. A teraz zostało nas, tylko dwoje.
- Luke?
- Możemy stąd iść? – odparłem, pospiesznie wstając z ławki. Ruszyłem przed siebie, chcąc zostawić za plecami roześmianą rodzinkę. Michael od razu mnie dogonił. Złapał za moje ramię, a ja zatrzymałem się.
- Co jest?
- Po prostu… Chcę już wrócić do domu.
- Najpierw powiedz, co cię ugryzło.
- To… To nie ważne – wydusiłem z siebie, starając się nie patrzeć na obrazek za jego plecami. Clifford tchnięty nagłym impulsem, odwrócił się. Przyjrzał się uważnie trójce małych dzieciaków. Po chwili jego zielone oczy znów skupiły się na mnie.
- Okej… Chyba rozumiem.
- To możemy już iść?
- Jedna sprawa – pociągnął, a ja westchnąłem ciężko. – Jak się dzisiaj czujesz?
- Co?
- To proste pytanie czeka na prostą odpowiedź. Jak się dzisiaj czujesz?
- Czuję się… Sam nie wiem… Chyba dobrze.
- Czujesz się lepiej?
- Tak – odpowiedziałem ostrożnie.
- A może czujesz się lepszy? - Przez moment wpatrywałem się w niego w milczeniu, próbując rozgryźć to, do czego mnie, w jakiś sposób prowokuje. Michael uśmiechnął się lekko, a potem poklepał mnie po plecach. – Nie ma nic złego w czuciu się lepszym, niż było się wcześniej.
- O to ci chodziło.
- A co? Myślałeś, że chodzi mi o to, że czujesz się lepszy od innych?
- Tak, coś w tym stylu. I nie, nie czuję się lepszy od innych. – Chłopak pokiwał głową, zachęcając mnie do tego, bym mówił dalej. – Ale czuje się lepiej. Kiedy nie imprezuję i nie piję, mam wrażenie, że zaczynam wracać do dawnego życia. Że zbieram i składam te rozsypane elementy układanki, by na nowo złożyć swoje życie w całość.
- Nieraz układanka jest trudniejsza do ułożenia, bo nie wszystkie elementy chcą pasować do siebie za pierwszym razem – pociągnął, a ja uśmiechnąłem się lekko, gdy użył podobnej metafory.
- Ale warto próbować, nie?
- Pewnie, że tak. – Jego dłoń ponownie poklepała mnie po plecach. – Myślę, że dzisiaj będzie przełomowy dzień.
- Co? Dlaczego?
- Czuję, że jesteś gotowy, by załatwić główny problem, jaki masz.
- Niby co?
- Najpierw jednak wrócimy do domu.
- Nic mi teraz nie powiesz? – Pokręcił szybko głową. – Ale…
- W domu. Myślę, że tę sprawę powinniśmy poruszyć w domu.

             Jednak nie dowiedziałem się niczego. Nawet wtedy, kiedy przekroczyliśmy próg mieszkania, Michael oznajmił mi, że musi najpierw załatwić jedną sprawę, aby móc później zająć się mną. Nie protestowałem, ani nie zatrzymywałem go w żaden sposób. Kiwnąłem, tylko głową, idąc w głąb salonu. Mimo wszystko dalej zastanawiałem się, o co chodzi skrzydlatemu. Co dokładnie jest tak ważne, że nie mógł mi tego powiedzieć w parku?
             Clifford zniknął, a pojawił się dopiero późnym wieczorem. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, że kazał mi czekać, aż tyle godzin. Przez ten czas naprawdę zżerała mnie ciekawość, ale on dalej milczał. Jak gdyby nigdy nic usiadł na sofie obok, a jego zielone oczy spojrzały wprost w moje błękitne tęczówki. Uśmiechnął się.
- Co?
- Jesteś gotowy na poważny krok ku uzdrowieniu duszy?
             Kiedy to powiedział, poczułem lekki strach, który wzrastał z każdą minutą, które dla mnie ciągnęły się w nieskończoność. Michael mógł mieć naprawdę ekstremalne pomysły i tego właśnie się obawiałem. Że zrobi coś, z czym sobie w ogóle nie poradzę. On jednak rozsiadł się wygodniej na sofie, a następnie podał mi ramkę. Dopiero po chwili zorientowałem się, jakie zdjęcie mi pokazuje.
             Na fotografii była uwieczniona cała moja rodzina. Ja, matka, ojciec, Ben i… i Jack. Zrobiono je w Sydney, z jakieś dwa lata temu. Zawsze stało na mojej komodzie w salonie. Jednak po śmierci Jacka, ramka ze zdjęciem spoczywała odwrócona obrazem do dołu, bo nie mogłem patrzeć na nasze uśmiechnięte twarze. Nie po tym, co się zdarzyło. Nie po tej tragedii, która miała miejsce. Nic dziwnego, że pospiesznie odwróciłem wzrok.
- Nie bój się przeszłości – powiedział cicho Clifford, a moja dłoń, w której trzymałem ramkę mocno zadrżała. – Z tym się dzisiaj zmierzymy.
- Co?
- Wielokrotnie rozpamiętujesz to, co stało się w Sydney. To, w jaki sposób straciłeś brata. I cały czas obarczasz się za to winą.
- Bo to jest moja wina – odpowiedziałem szybko. 
            Wychyliłem się do przodu, by odłożyć ramkę, ale Michael złapał mnie za rękę. Drgnąłem po raz kolejny, czując ciepłe palce na nadgarstku. Poddałem się temu, co robił. Powoli odwrócił zdjęcie tak, bym znowu mógł je dobrze widzieć. Przełknąłem ślinę. Mój wzrok dłużej zatrzymał się na promiennie uśmiechniętym Jacku.
- Musimy się pozbyć poczucia winy. Wróciłem do Nieba, aby dobrze to wszystko zaplanować. Będzie to… ciężki proces, ale sobie poradzisz. Chodzi o to, byś wyzbył się tego negatywnego uczucia, które cię niszczy. Niszczy cię od środka, Luke. Jeśli pogodzisz się ze śmiercią brata i ściągniesz z barków winę za wypadek, reszta drogi powinna być znacznie łatwiejsza do przejścia. To ważny punkt…
- Nie chcę do tego wracać –powiedziałem szybko, odsuwając się od niego.
- Nie masz wyboru.
- Co? Nie zmusisz mnie od tego, bym… bym… ja nie chcę - rzuciłem, chcąc brzmieć stanowczo, ale tak naprawdę głos drżał mi z każdym wypowiedzianym słowem. Byłem już porządnie wystraszony i zdenerwowany.
- Po pierwsze, musisz się uspokoić. Przebrniemy przez wszystko razem.
- Nie, nie, nie… To… Ja nie dam rady w tym momencie.
- Dlaczego tak bardzo się boisz? Co ci w tym przeszkadza?
- Bo to ja wszystko zepsułem – powiedziałem, odrzucając ramkę na bok. Poderwałem się z miejsca, odsuwając się od Michaela. Chciałem uciec do sypialni i zaszyć się pod kołdrą. Wiedziałem jednak, że chłopak tak łatwo mi nie popuści. Doszedłem do drzwi, a one zamknęły mi się tuż przed nosem. – Wypuść mnie, Clifford!
- Dopiero, jak skończymy. Widzisz, co te uczucie z tobą robi. Panikujesz i gubisz spokój, na samą myśl o tym, co się stało. Tłamsisz to, nie pozwalając sobie na normalne przeżycie tego, co się stało. Minął rok, Luke. A ty pod tym względem nadal tkwisz w tym samym miejscu, bojąc się zrobić krok do przodu. A wierz mi, że jeśli nie zaciśniesz zębów i przez to nie przejdziesz, to poczucie winy w końcu zgniecie cię od środka. Musisz się od niego uwolnić.
             Wiedziałem, do czego zmierza. Jednak każda moja komórka ciała wzbraniała się przed tym, by w końcu przełamać się i spojrzeć prawdzie w oczy. Michael miał rację. Już dawno powinienem był to zrobić, aby móc iść dalej. Jednak ja nadal pozostawałem przerażonym tchórzem, który obwiniał się za wypadek. To było silniejsze ode mnie. To całkowicie przejmowało nade mną kontrolę.
              Pokręciłem szybko głową, ponownie odwracając się od chłopaka. Czułem, jak zaczynają mnie piec oczy, gdy próbowałem powstrzymać cisnące się łzy. Tak bardzo nie chciałem okazywać słabości. Słabość kojarzyła mi się z bezsilnością. Uczuciem, którego nienawidziłem. Nigdy nie chciałem tego pokazywać, dlatego wielokrotnie uciekałem. Od rodziny, od przyjaciół. Uciekłem z Sydney. Uciekałem w alkohol i imprezy. Dopiero teraz zrozumiałem, że tak naprawdę sprawiałem, że było jeszcze gorzej.
- Luke?
- Proszę, Mikey…
- Dokładnie przypomnij sobie ten dzień – zaczął, ignorując moją prośbę. Zatrząsłem się. – Liz zaserwowała wam śniadanie. Pamiętasz, co to było?
- Tosty i jajecznica – odpowiedziałem cicho.
- Co było potem?
- Zadzwoniła babcia.
- I?
- Chciałem do niej pojechać. Mama poszła załatwić, jakąś sprawę, a Ben i tata byli w pracy – ciągnąłem, zdając sobie sprawę z tego, że mówię to bezbarwnym tonem, jakbym wyzbył się wszystkich emocji. Chociaż one tak naprawdę powoli rozdzierały mnie od środka. Objąłem się ramionami, jak by to miało mnie uchronić przed rozsypką. Nadal stałem plecami do Michaela, bojąc się odwrócić.
- I?
- I namówiłem na to Jacka. Z początku nie chciał jechać, ale w końcu się zgodził.
- Co wydarzyło się u babci?
- Nic szczególnego – rzuciłem, zagryzając wargę. Denerwowałem się coraz bardziej. – Rozmawialiśmy. Zjedliśmy obiad. Wieczorem mieliśmy wracać.
- Mów dalej. – Pokręciłem głową. – Luke?
- Nie.
- Mów. – Wziąłem głęboki oddech, czując na policzkach mokre łzy. Wytarłem je ręką. – Luke?
- Jack chciał kierować, więc trochę się o to posprzeczaliśmy. Odpuścił i zajął miejsce pasażera.
- I co było dalej?
- Przestań – poprosiłem cicho.
- Nie pamiętasz?
- Nie – skłamałem, choć wiedziałem, że on zna prawdę.
- Przypomnieć ci?
- Michael, proszę – wydusiłem z siebie, czując się kompletnie bezsilny wobec gry, którą na mnie stosował. – Ja naprawdę…
- Co było dalej, Luke? – zapytał cicho, ale ja miałem wrażenie, jakby wykrzyczał mi to w twarz. Raptownie odwróciłem się do niego, ignorując to, że w tym momencie zaczynam płakać coraz bardziej.
- Co było dalej?! – warknąłem, patrząc na niego z niedowierzaniem. – Zabiłem swojego brata! To było dalej!
- Po kolei – ciągnął Michael, nadal spokojnym głosem, pomijając zupełnie mój wybuch. Jego zielone tęczówki skupione były na mnie. Zacząłem się trząść jeszcze bardziej, a kolejna porcja łez wypłynęła mi z oczu.
- Nie – powiedziałem, a następnie odwróciłem się i ruszyłem w stronę drzwi.
- Nie możesz się teraz poddać – pociągnął, a ja usłyszałem, jak wstaje z kanapy. – Dobrnęliśmy do kluczowego momentu. Nie wolno ci się teraz wycofać.
- Jak przeżywanie tego na nowo ma mi pomóc?
- Ma ci pomóc w zobaczeniu tego w nowym świetle. Obarczasz się winą za coś, na co nie miałeś wpływu. To chcemy naprawić. Zdjąć z ciebie ten ciężar.
- To ja zabiłem Jacka!
- To nie byłeś ty – ciągnął Michael, ale ja już go nie słuchałem. 
              Szarpnąłem za klamkę, ale drzwi nie chciały ustąpić. Zrobiłem to po raz kolejny, i kolejny, ale one, ani drgnęły. Uderzyła we mnie złość, rozgoryczenie i frustracja. Tak cholernie nie chciałem wracać do tego koszmarnego dnia.
- Wypuści mnie z pokoju!
- Skorzystaj z drugich drzwi – mruknął, wskazując na drzwi wejściowe. Prychnąłem pod nosem. Byłem pewny, że i tamte są zamknięte na cztery spusty. – Co było dalej, jak już wsiedliście do samochodu?
- Przestań!
- Chyba potrzebujesz małej pomocy.
- Nie zmusisz mnie do tego – powiedziałem przez zaciśnięte zęby.
- Czyżby?
               Zdążyłem złapać głębszy wdech, kiedy obraz przed oczami kompletnie się zamazał. Salon zniknął, a w głowie wciąż przesuwały mi się te same obrazy. Ja i Jack w samochodzie. On przełączający guziki w radio, by w końcu znaleźć odpowiednią stację. Jack śpiewający nasz kawałek. A potem czerwony Mercedes, uderzenie, krzyk, huk, ból, krew… i jego puste oczy. Wszystko kręciło się na około, raz za razem pokazując mi te same ujęcia. Wrzasnąłem, zakrywając twarz rękami. Zacisnąłem mocniej powieki, ale nie mogłem pozbyć się tego z myśli. Jakby wciąż na nowo i na nowo, ktoś puszczał mi film z tamtego wydarzenia. Mój oddech spłycił się i przyspieszył. Policzki znów pokrył się łzami.
- Przestań! Proszę cię, przestań!
- Widzisz go, Luke? - Głos Michaela dochodził, jakby z daleka. – Skup się na kierowcy czerwonego Mercedesa. To on był pijany. To on w was wjechał…
- To moja wina!
- To nigdy nie była twoja wina! To nie ty zabiłeś Jacka! Gdybyście się przesiedli mogłoby wyjść tak, że i tak by zginął!
- Nie, nie, nie…
- Albo zginął byś ty!
- Tak by było lepiej! To ja powinienem umrzeć zamiast niego! – Mój głos już był zachrypnięty od krzyku i szlochu, którego nie kontrolowałem.
- Gdyby to padło na ciebie, chciałbyś, by twój brat obwiniał się za twoją śmierć?
- To nie była by jego wina! – wrzasnąłem, a potem zacząłem trząś się jeszcze bardziej, gdy mój mózg skupił się na nieżyjącym bracie i tych oczach, które będą mnie chyba prześladować do końca życia.- To nie była by jego wina!
- Więc czemu nie przeniesiesz tego na siebie?! Czemu ty się obwiniasz?!
- Bo… Bo… 
              Zabrakło mi argumentów. Im dłużej Michael odtwarzał w mojej głowie wypadek, tym bardziej zaczynałem wierzyć w to, że naprawdę nie miałem wpływu na to, co stało się po wyjeździe od babci. To tak, jakbym mógł obwiniać wszystkich wokoło. Babcię, bo nas do siebie zaprosiła; ojca, bo nie wiedział o rozwalonych pasach; Jacka, bo poddał się mojemu wpływowi i zgodził się jechać ze mną. A to nie było ich winą.
- Luke?
- Zatrzymaj to – porosiłem słabym głosem. Zachwiałem się, wpadając na ścianę. Poczułem, jak lepka od potu koszulka klei mi się do ciała.
- Zatrzymaj to, proszę – w tym momencie mój ton przeszedł w błaganie. Chciałem, by to wreszcie się skończyło. 
              Zrobiło mi się niedobrze i zatrząsłem się bardziej. Cichy szloch wydarł się z mojego gardła. I wtedy wszystko ustało. Zamrugałem oczami, widząc przed sobą salon. Michael stał naprzeciwko mnie, dokładnie mi się przyglądając. Dyszałem tak ciężko, jakbym brał udział, w jakimś maratonie.
- Mamy jakieś konkretne wnioski? – Nie odpowiedziałem, tylko mocniej zacisnąłem usta, czując jak łzy dalej moczą mi policzki. – Luke?
- Mam konkretne wnioski – powiedziałem cicho, walcząc z drżącym głosem.
- Zabiłeś swojego brata – pociągnął Michael. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Pokręciłem szybko głową, nie rozumiejąc tego, dlaczego nagle zmienił front. – Taka prawda, Luke. Zabiłeś swojego brata.
- N-nie, to nie prawda…
- Zabiłeś go, Luke. To przez ciebie Jack nie żyje.
- Nie. – Przycisnąłem dłonie do twarzy, czując pod palcami gorącą skórę. Byłem rozpalony, jakbym dostał nagłej gorączki.
- Zabiłeś swojego brata! Zabiłeś Jacka!
- Nie!
- Zabiłeś go! To twoja wina! – Wybuchłem płaczem na nowo. – Co jest, Luke? Ciężko pogrodzić się z porażką? No, dalej, Hemmings! Powiedz to na głos! Powiedz i przyznaj się, że Jack nie żyje przez ciebie!
- Nie… On…
- Mów, Luke. Zabiłeś swojego brata!
- Nie zabiłem swojego brata! To był wypadek! – warknąłem, a potem padłem na kolana nie mając już siły stać.
- Mamy to – powiedział zadowolony Michael, ale ja już go nie słuchałem. 
              Wstrząsnął mną spazmatyczny szloch, odcinając dopływ powietrza. Zacisnąłem dłonie w pięści tak mocno, że wbiłem sobie w skórę paznokcie. Płakałem dalej, ale był to całkiem inny płacz. Mieszał się ze smutkiem po stracie ukochanej osoby, a także i z ulgą. Jakby faktycznie to, do czego doprowadził Michael, ściągnęło coś ciężkiego z moich barków. Teraz miałem wrażenie, że mogę powoli wracać do normalnego funkcjonowania, nie mając w sobie barier. Zwiesiłem głowę, czując się w jakiś sposób przytłoczony tym wszystkim. Mogłem się porównywać do topielca, który ostatkiem sił i przy odrobinie szczęścia wydostał się w końcu na powierzchnię, by zaczerpnąć potrzebnego mu do życia tlenu.
              Zatrząsłem się po raz kolejny, gdy Michael usiadł obok. Nie walczyłem ze łzami, które raz za razem opuszczały moje błękitne oczy. Poczułem jego dłoń na plecach. Chłopak przyciągnął mnie do siebie, a ja wpadłem w jego ramiona, wciskając się mu w koszulkę. Do mojego nosa doszedł znany mi zapach. Biło od niego przyjemne ciepło. W tym momencie potrzebowałem mieć kogoś, kto chociaż gestem zapewni mnie, że dam sobie radę, by walczyć dalej. Że nie wszystko zostało przekreślone. I on to robił. Siedząc ze mną na podłodze, dawał mi nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale także spokoju i siły, by ruszyć dalej. I po sobie czułem, że wyzbycie się poczucia winy, które towarzyszyło mi od wypadku, było dużym krokiem do poprawy i zmian, jakich chciałem dokonać w swoim życiu.

~***~
              Siedziałem oparty o ścianę. Spojrzałem na chłopaka, wtulającego się w moją klatkę piersiową. Jego oddech był spokojny i miarowy. Luke niedawno zasnął. Płakał tak długo, że w końcu padł, niczym małe dziecko wycieńczone histerią. 
              Uśmiechnąłem się pod nosem, spoglądając na jego wilgotne i czerwone policzki. W tym momencie wyglądał tak niewinnie i bezbronnie, że ciężko było uwierzyć w to, jak złamany jest w środku. Jak los doszczętnie go zgnoił, wrzucając w wir źle podjętych działań, które doprowadziły go niemalże na samo dno. Był zagubiony, a ja wziąłem sobie za punkt honoru, by znów wyprowadzić go na odpowiednią drogę.
              Przejechałem dłonią po jego blond włosach, nie mogąc przestać się uśmiechać. Wtedy jego palce mocniej drgnęły na mojej koszulce. Zacisnął lekko wargi, by po chwili odrobinę je rozchylić. Spojrzałem na niego z uwagą, bojąc się tego, że go obudziłem, a naprawdę nie chciałem tego robić. Sen w tym momencie był mu potrzebny. Nie tylko by nabrać nowych sił, ale przede wszystkim, by się uspokoić. A dodatkowo naprawdę było to cholernie przyjemne i miłe uczucie, gdy był tak blisko. Kiedy czuło się równy rytm bicia jego serca, które pracowało w takim samym tempie, jak moje. Pomimo jego dość ciężkiego i niekiedy wrednego charakteru, miał w sobie coś, co mnie do niego przyciągało. I musiałem przyznać to sam przed sobą, że uwielbiałem patrzeć na to, jak się uśmiecha. Gdy lekko marszczył nos, a w policzkach pojawiały się słodkie dołeczki, które dodawały mu pewnego niewinnego uroku. Mogłem też godzinami wsłuchiwać się w jego głos, który z rana był lekko zachrypnięty. Po raz kolejny na mojej twarzy wymalował się uśmiech. Wyciągnąłem dłoń, by ponownie przejechać palcami po jego jasnych włosach. Wiedziałem jednak, że nie mogę siedzieć z nim na podłodze w nieskończoność.
               Powoli odsunąłem się od ściany. Przetrzymałem go, a następnie zniknąłem. Pojawiłem się natychmiast obok, by w ostatniej chwili złapać go i uchronić przed uderzeniem w chłodną ścianę. Nie poruszył się, ani razu, co utwierdziło mnie tylko w tym, że musiał przejść w głębszą fazę snu. 
               Bez problemu podniosłem go, a następnie zaniosłem do biało czarnej sypialni. Położyłem delikatnie na łóżku, starając się nie robić zbyt gwałtownych ruchów. Luke od razu wcisnął twarz w poduszkę, obejmując ją jedną ręką. Przykryłem go kołdrą. Nachyliłem się, wyciągając dłoń w jego kierunku. Przejechałem palcami po jego ciepłym policzku. Przez moment byłem pewny, że chłopak uśmiechnął się przez sen. Miałem nadzieję na to, że śni mu się coś dobrego. Obiecałem mu, że nie będę zaglądać do jego myśli, więc musiałem zwalczyć chęć, by nie podejrzeć obrazu, który ukształtował się w jego głowie.
- Dobranoc, Luke – powiedziałem szeptem, a następnie zniknąłem. 


***
Dla Luke'a nadszedł przełomowy moment. Chociaż metoda Clifforda była z lekka ciut ekstremalna, to chyba wszystko poszło zgodnie z jego wymyślonym planem. No i nie jest to żadnym zaskoczeniem, że Mikey coś ma do Hemmo :)
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo przypominam Wam o Asku.

Kolejny rozdział pojawi się w następny czwartek.

Pozdrawiam!

3 komentarze:

  1. Matko, serio Michael tak się znęcać nad biednym Hemmo. Strasznie mi się go szkoda zrobiło ale może w końcu przestanie się obwiniać. Końcówka była przesłodka:) teraz wiem, że Michael coś do niego ma XD
    Czekam na kolejny rozdział:)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hemmo lekko w tym rozdziale nie miał, ale chyba Michael uzyskał cel :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń