środa, 20 kwietnia 2016

#12 Szukałem drogi ucieczki i dopiero niedawno zrozumiałem, że im bardziej uciekałem, tym mocniej pogrążałem się w negatywnych uczuciach i samotności

           Oglądaliśmy filmy do niemalże czwartej rano, więc nic dziwnego, że podniosłem się z łóżka przed dwunastą. Mimo wszystko, w jakiś sposób czułem się wypoczęty i wyspany. Jakby towarzystwo skrzydlatego dodawało mi siły i dodatkowo relaksowało. Sam nie wiedziałem, jakim cudem Michael tak mocno na mnie działał. I to nie tylko w aspekcie uspakajania. Doszedłem do wniosku, że coś sprawia, że lgnę do niego na potęgę, nie mogąc powstrzymać tej chęci, by być blisko. Jakby był dla mnie pewnym brakującym elementem, którego szukałem przez całe swoje dotychczasowe życie.
            W mieszkaniu panowała cisza. Wychodząc z sypialni, rozejrzałem się na boki, ale Clifforda nigdzie nie było. W końcu jednak zrozumiałem, że chłopak z pewnością ma dzisiaj wolne. Przecież zaczął się weekend. Nawet nie ukrywałem tego, że byłem z tego faktu niezadowolony. W jakiś sposób uzależniłem się od jego obecności. Moje cztery kąty ponownie stały się przytłaczająco puste i za ciche.
            Po wyjściu z łazienki, usiadłem na sofie. Włączyłem telewizor. Mój wzrok na dłużej zatrzymał się na pudełku z filmem, który oglądaliśmy, jako ostatni. Wpatrywałem się w nie tak intensywnie, że gdy na ekranie pojawiły się reklamy, aż podskoczyłem ze strachu, przeklinając w myślach kanał piąty i ich manię podkręcania dźwięku, gdy następowała przerwa w nadawaniu, a oni uruchamiali blok reklamowy. Przetarłem dłońmi twarz, padając na kanapę. W tym momencie nie za bardzo wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Perspektywa spędzenia w tym miejscu całego dnia, jakoś mnie odpychała.
            Drgnąłem, słysząc dzwoniący telefon. Zostawiłem komórkę w sypialni, więc musiałem ruszyć tyłek z kanapy i po nią iść. Nie chciałem tkwić na sofie cały dzień, ale z drugiej strony naprawdę nie miałem ochoty w tym momencie ruszać się z tego wygodnego miejsca. Taki o to paradoks w jednej osobie. Kręcąc nosem, poszedłem do sąsiedniego pomieszczenia, kierując się po dźwiękach znanej mi melodii. Niestety, zanim dotarłem do mety, wszystko ucichło. Złapałem za urządzenie i odblokowałem je. Zobaczyłem imię osoby, która się do mnie dobijała. Ashton. Oddzwoniłem od razu. 
- Obudziłem cię? – zapytał Irwin.
- Nie. Nie zdążyłem odebrać.
- Mam dla ciebie informację. Wiem, że jesteś w trakcie terapii i naprawiania wszystkiego, więc ta wiadomość może ci się przydać.
- Co to za wiadomość?
- Calum dzisiaj rano wrócił do Los Angeles – powiedział jednym tchem, a ja zrobiłem wielkie oczy. Hood jest na miejscu. Jest szansa na rozmowę.
- Dzięki, Ash.
- A i Luke?
- Tak?
- Błagam, zrób wszystko byście się pogodzili.
- Taki mam zamiar.
- W takim razie życzę powodzenia. Powiem Danielowi, by dzisiaj nie zawracał, ani tobie, ani jemu głowy.
- Dzięki.
- Koniecznie daj znać, jak poszło.
- Jasne. Do zobaczenia, Ash.
- Trzymaj się, Hemmo – rzucił perkusista i rozłączył się.
              Odłożyłem szybko telefon i rozejrzałem się po pokoju. Byłem gotowy złożyć wizytę Calumowi od razu, jednak wiedziałem, że w takim momencie będę potrzebował wsparcia. I z pewnością dobrego planu, który pomoże mi pogodzić się z przyjacielem. Hood był osobą upartą, a do tego szybko wybuchał, więc musiałem mieć dobre i mocne argumenty, by zmienić jego nastawienie do mnie. To ja schrzaniłem i to ja muszę wyciągnąć do niego przysłowiową dłoń na zgodę. Wszystko musi przebiegać w miarę delikatny sposób, aby tego jeszcze bardziej nie pogorszyć. Jak nic w tym momencie potrzebowałem Michaela i jego dobrych rad. Oraz obecności. Cholernie potrzebowałem mieć go obok.
             Spojrzałem na telefon, jakby urządzenie miało zaraz zacząć dzwonić. Wiedziałem jednak, że Clifford nie dysponuje ziemskim numerem, ani komórką. Jak mam go ściągnąć? Musiałem sobie przypomnieć, co mówił w kwestiach kontaktu. A byłem pewny, że wspominał, o jakieś metodzie. W końcu mnie olśniło.
             Usiadłem na łóżku, zastanawiając się, jak powinienem zacząć tę pseudo modlitwę, którą miałem wykonać. Podrapałem się po głowie, starając się wymyślić coś sensownego. Jednak byłem tak nakręcony na rozmowę z Calumem, że nie potrafiłem się porządnie skupić. W końcu postanowiłem iść na żywioł i wyklepać pierwsze lepsze zdania, jakie mi przyjdą do głowy. Zamknąłem oczy, przywołując w myślach obraz anioła. Skoncentrowałem się, tylko na nim. Wziąłem głęboki oddech.
- Michael Gordon Clifford, mój Aniele Stróżu mam do ciebie sprawę niecierpiącą zwłoki i cholernie potrzebuję tego, być ruszył dupę i zjawił się…
- Jestem Uzdrowicielem, Hemmings!
             Aż poskoczyłem, niemalże przewracając się na pościel. Raptownie otworzyłem oczy, wpatrując się w chłopaka stojącego przede mną. Michael świdrował mnie na wylot swoimi zielonymi oczami. Ręce opierał na swoich biodrach, co miało mu nadać bardziej groźniejszą pozę. Dla mnie jednak wyglądał naprawdę uroczo, kiedy próbował być taki zły.
- Czy ty się kiedykolwiek tego nauczysz? Przecież mówiłem ci o tych różnicach między Uzdrowicielem a Aniołem Stróżem, ale ty dalej…
- Skończyłeś? – Michael prychnął pod nosem, przekręcając oczami. – Jesteś szybki.
- Pojawiłem się od razu, jak zacząłeś się modlić. Co jest tą bardzo ważną sprawą?
- Calum wrócił do Los Angeles.
             Jego usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu. Klasnął z entuzjazmem w dłonie, a następnie rzucił się w kierunku mojej szafy. Po chwili dostałem niebieską koszulką prosto w twarz, a zaraz po niej czarne spodnie uderzyły mnie w klatkę piersiową. Uniosłem jedną brew do góry.
- Ubieraj się! Będziemy działać od razu! – ponaglił mnie, machając jednocześnie ręką.- Dzisiaj zajmiemy się Hoodem i nie będziemy zwlekać, więc rusz swój seksowny tyłek, księżniczko, bo mamy robotę do odwalenia!

             Siedziałem w samochodzie, wpatrując się w znany mi budynek. Calum mieszkał w wysokim wieżowcu. Jego mieszkanie znajdowało się na samej górze, a żeby się do niego dostać, trzeba było wjechać windą na szesnaste piętro. Zawsze zazdrościłem mu tego niesamowitego widoku, jaki rozprzestrzeniał się, gdy stało się u niego na tarasie. Mój budynek mieszkalny nie był tak duży, jak ten.
             Nawet nie próbowałem zaprzeczać sam przed sobą, że jestem cholernie zdenerwowany. Czułem na plecach niezbyt przyjemne dreszcze. Miałem wrażenie, że stres wzrasta z każdą kolejną ciągnącą się minutą. Zaschło mi w gardle. Nie musiałem patrzeć w lusterko, by wiedzieć, że jestem blady, jak ściana. Cholernie zależało mi na tym, by to nasze spotkanie w końcu zakończyło konflikt między nami. Chciałem, aby Calum znów był moim przyjacielem, a to, co stało się na parkingu, odeszło w niepamięć.
             Drgnąłem na fotelu, kiedy poczułem dłoń Michaela wsuwającą się w moją. Ten mały gest wywołał przyjemne ciepło, które szybko rozprzestrzeniło się na całe moje ciało. Spojrzałem na nasze złączone ręce. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że od jakiegoś czasu trząsłem się, jak galareta. Jego dotyk, zaś sprawił, że odrobinę się uspokoiłem. I naprawdę mi się to podobało.
- Chcesz tam iść sam? – zapytał cicho. Oderwałem błękitne oczy od naszych rąk, przenosząc je na chłopaka siedzącego obok. Pokręciłem głową. – Okej, pójdę z tobą. Pamiętaj, o czym mówiliśmy. Nie podnoś głosu, nawet jeśli to on zacznie się wydzierać. Krzykiem, niczego nie zdziałasz, a jeszcze bardziej go zniechęcisz. Musimy go podejść w ten sposób, by chciał cię wysłuchać. Nie bój się też przyznać otwarcie do popełnionego błędu, taką postawę się ceni. Musisz pamiętać, że słowo przepraszam to nie wszystko. Będziesz musiał mu pokazać, że naprawdę się starasz, by więcej niczego nie zniszczyć. Czyny mówią o wszystkim.
- Nie zostawisz mnie tam? – wydusiłem szeptem.
- Nie zostawię. Będę cały czas obok. W miarę możliwości będę ci pomagał. Pamiętaj, że mimo tego, co się stało, jemu nadal na tobie zależy. Nawet jeśli chciał separacji od ciebie. Nie przekreśla się tak szybko takiej długotrwałej przyjaźni, pomimo tego, że jedna strona nawaliła. Będzie dobrze.
- A jak zatrzaśnie mi drzwi przed nosem?
- Nie omieszkam wykopać je z framugi – odpowiedział, a ja zaśmiałem się cicho. – Gotowy?
- Chyba bardziej nie będę – rzuciłem, odpinając pas.
- Świetnie, to do dzieła – powiedział Michael, puszczając moją rękę. 
             Musiałem się postarać, by się nie skrzywić z tego powodu. Wolałem, by mnie w ogóle nie puszczał, co było dość irracjonalne. Poklepał mnie jeszcze po ramieniu, chcąc dodać mi więcej pewności siebie, która w tym momencie ze mnie uleciała.
             Wysiadłem z samochodu, niemalże potykając się o swoje długie nogi. Raz jeszcze spojrzałem na budynek przed sobą. Budynek, który teraz w jakiś sposób wzbudzał we mnie strach. Naprawdę chciałem wszystko naprawić, ale perspektywa stanięcia twarzą w twarz z Calumem po tym, jak go uderzyłem, była naprawdę przerażająca. Nagle stałem się tchórzem i ciężko było mi przezwyciężyć to uczucie.
              Odwróciłem się. Michael machnął na mnie, kierując się w stronę dużych i ciężkich drzwi. Zagryzłem nerwowo wargę, ruszając za nim. Miałem wrażenie, że ze stresu, serce zaraz rozerwie mi klatkę piersiową. Byłem pewny, że jego łupanie odbija mi się echem w mózgu. Wchodząc na chłodny korytarz, wytarłem o spodnie spocone dłonie. Michael już stał przy windzie, molestując guzik.
- Wiesz, że wystarczy nacisnąć, tylko raz? To, że będziesz go naciskał cały czas, nie sprawi, że winda przyjedzie szybciej.
- Ale wy zawsze to robicie – mruknął, nadal trącając palcem wskazującym biały niewinny guzik. – To serio nie pomaga?
- Nie. Myślę, że ludzie po prostu mają taki odruch.
- No, tak – rzucił, wlepiając oczy w szare metalowe drzwi.
- Calum na pewno jest w mieszkaniu?
- Wyluzuj, Luke. Jest w mieszkaniu. Sprawdzałem to już chyba, z jakieś pięć razy. Powiedziałbym ci, gdyby nagle wyszedł.
- Okej, okej -  odparłem, przekręcając oczami. Serce łomotało mi jeszcze szybciej, choć nie wiedziałem, że jest to w ogóle możliwe.
- Postaraj się uspokoić, bo nie chcę byś padł mi na zawał – skwitował Clifford, kiedy drzwi od windy otworzyły się. 
            Weszliśmy do środka. Wybrałem piętro. Widziałem swoje odbicie w gładkim lustrze. Całe wnętrze było nim wyłożone. Michael był w swojej anielskiej postaci, więc nawet nie zdziwiło mnie to, że jego odbicie było niewidoczne.
             W końcu usłyszałem cichy dźwięk, który oznajmił mi, że dotarliśmy na odpowiednie piętro. Jak dla mnie ta podróż z dołu na górę trwała zdecydowanie za szybko. Znowu poczułem chłód, kiedy zdenerwowanie ponownie owładnęło moim ciałem. Stróżka potu spłynęła mi po plecach, gdy podszedłem do drzwi, za którymi ukrywało się mieszkanie Caluma. 
             Podniosłem rękę, ale nie zapukałem. Zawahałem się, starając się na szybko po raz kolejny poukładać sobie w głowie to, co chcę mu powiedzieć. Jednak zanim moja dłoń zbliżyła się do chłodnego drewna, Michael przejął inicjatywę i załomotał do drzwi. Cały się spiąłem, odwracając się w jego stronę. Spojrzałem na niego z wyrzutem. Chłopak z liliową czupryną uśmiechnął się niewinnie. Teraz miałem ochotę stamtąd uciec. Jednak taka możliwość szybko zniknęła, bo po chwili drzwi otworzyły się, a na progu pojawił się Calum.
- Czego chcesz? – warknął, mierząc mnie wzrokiem. – Miałeś dać mi cholerny święty spokój, Hemmings. Jesteś ostatnią osobą, którą teraz chciałbym oglądać.
- Jak miło – mruknął Michael. Puknął mnie w plecy. – Odezwij się w końcu.
- Chcę cię przeprosić – wydusiłem z siebie.
- Nagle zaczęło gryźć cię sumienie?
- Proszę, Calum… Pozwól mi naprawić to, co zjebałem.
- Masz racje, zjebałeś wszystko. Począwszy od naszego zespołu, kończąc na sobie i naszej przyjaźni.
- Nie, nie, nie… poczekaj – rzuciłem, przetrzymując nogą drzwi, które chciał zamknąć. Hood mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, ale ponownie otworzył je. – Proszę, naprawdę chujowo się z tym czuję. Chcę to wyjaśnić i cię przeprosić. Jeśli po tym, co powiem, nadal nie będziesz chciał utrzymywać ze mną kontaktu, zrozumiem to. Odsunę się od ciebie na dobre i… Jestem gotowy nawet odejść z zespołu, by nie wchodzić wam w drogę. Tylko proszę, daj mi szansę i porozmawiaj ze mną.
             Calum zmierzył mnie po raz kolejny wzrokiem. Byłem pewny, że gdzieś w środku odbywa swoją wewnętrzną walkę z samym sobą. Ta jego uparta i zacięta strona mówiła mu, by tak łatwo nie popuszczał, druga zaś ta łagodniejsza, która nie przekreśliła naszej przyjaźni do końca, szeptała by jednak mnie wysłuchać. W końcu zrezygnowany odsunął się od drzwi, pozwalając mi wejść do środka. Momentalnie zapaliła się we mnie lampka nadziei, że być może ta wizyta nie pójdzie na marne.
              Wszedłem w głąb biało szarego pomieszczenia. Michael deptał mi po piętach, nie odsuwając się ode mnie nawet na chwilę. Ruszyłem za Calumem, który podszedł do skórzanej kanapy. Padł na nią, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Przyjął pozycję zamkniętą i to ja będę musiał przełamać się przez tę barierę, którą usilnie starał się stworzyć. Clifford poklepał mnie delikatnie po plecach, dodając mi tym jeszcze więcej pewności siebie. Usiadłem na fotelu niedaleko Hooda, nie odrywając od niego wzroku. Mój niewidzialny kumpel zasiadł na podłokietniku, a nasze ramiona przyjemnie stykały się ze sobą.
- Mów i spadaj – rzucił Calum, wciskając się bardziej w oparcie. Jego brązowe oczy skupiły się na mnie.
- Nie zaproponuje ci nic do picia? Ale kultura – powiedział Michael. Zignorowałem ten jego komentarz.
- Naprawdę nie powinienem tak gwałtownie reagować na wspomnienie o Jacku i wypadku – zacząłem niepewnie. – To, co się stało, nigdy nie powinno się wydarzyć. Wiem, że teraz nic mnie nie tłumaczy, ale w tamtym momencie tkwiłem w jednym punkcie, nie wiedząc, jak ruszyć dalej. Każde nawiązanie do tego, co wydarzyło się w Sydney powodowało cholerny ból i gorycz, z którą nie umiałem sobie poradzić. Od początku obwiniałem się za śmierć brata. Dlatego tak reagowałem. Dopiero niedawno zrozumiałem swój błąd. Chodzę na terapię i staram się poskładać swoje życie na nowo. Chcę cię przeprosić, nie tylko za to, że cię uderzyłem, ale także za wszystko, co działo się wcześniej. Byłem oschły i separowałem się, nie tylko od ciebie, ale i od pozostałych. Szukałem drogi ucieczki i dopiero niedawno zrozumiałem, że im bardziej uciekałem, tym mocniej pogrążałem się w negatywnych uczuciach i samotności. Nie potrafiłem dostrzec tego, że chcecie dla mnie, jak najlepiej. Odrzucałem waszą pomoc, jednocześnie was krzywdząc. Teraz wiem, że nie tak to powinno wyglądać. Żałuję swoich decyzji i chcę wszystko zmienić. – Wziąłem głębszy oddech, przerywając na moment swój monolog. Calum dalej milczał, nie odrywając ode mnie wzorku. Z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem czułem się pewniej. – Jednak, aby się zmienić potrzebuję waszego wsparcia. W tym momencie potrzebuję was jeszcze bardziej, niż wcześniej. Bez ciebie i chłopaków nie dam sobie rady. Jesteście moimi przyjaciółmi, a ja zawaliłem tak wiele rzeczy. Mimo wszystko proszę, nie przekreślaj tych wszystkich lat, jakie mieliśmy.
- A ty ich nie przekreśliłeś?
- Przepraszam, byłem… byłem cholernie zagubiony. Teraz nawet nie boję się tego powiedzieć wprost. Pogubiłem się i na ślepo szukałem rozwiązania, niszcząc wszystko dookoła. Żałuję, że dojście do tego momentu, zajęło mi tak wiele czasu. Jednak naprawdę mam nadzieję na to, że uda mi się to wszystko jakoś naprawić. Chcę, by między nami było, jak dawniej, choć wiem, że może nie będzie to możliwe. Przepraszam, Cal, cholernie cię przepraszam za to, że byłem takim dupkiem.
- Hemmings… - Zacisnąłem usta, czując, jak ponownie zaczynają trząś mi się ręce.
- Spokojnie – wyszeptał mi do ucha Michael. – Musi to na swój sposób przetrawić. Nie denerwuj się. To, co powiedziałeś było bardzo dobre i właściwe.
- Co ja mam do cholery z tobą, kretynie, zrobić? – pociągnął Calum, kręcąc głową. Złapał za poduszkę i zanim zdążyłem się zorientować, dostałem nią prosto w twarz. Michael uniósł brwi do góry i parsknął cichym śmiechem. – Nadal kocham cię, idioto, jak brata, ale wywiń jeszcze jeden numer i będziesz mógł sobie te swoje przeprosiny wsadzić głęboko w dupę.
- Wybaczasz mi?
- Tak, przeprosiny przyjęte. Weź się w garść i zacznij na nowo. Pomogę ci w tym.
              Miałem gdzieś to, że Hood może wziąć mnie za mazgaja. Poczułem tak wielką ulgę, że musiałem naprawdę mocno się postarać, by się nie rozkleić, jak dzieciak. Przełknąłem ślinę, mrugając szybko powiekami, aby odpędzić gromadzące się w oczach zły. Dopiąłem swojego celu i byłem z tego cholernie zadowolony.
- Między nami… Między nami jest okej? - dopytałem drżącym głosem, aby mieć stu procentową pewność.
- Tak. Ja też cię przepraszam.
- Co? Za co?
- Wiem, że chciałeś powiedzieć mi to wszystko już wcześniej. Ja jednak odsunąłem się od ciebie, zachowując się dokładnie tak samo, jak ty. Znamy się od wielu lat, więc nie powinno tak być. Powinniśmy to sobie wyjaśnić od razu, ale ja uciekłem. Tak, jak ty uciekałeś przez ostatnie kilka miesięcy. Przepraszam za te wszystkie słowa.
- Nie… Cal, nie masz mnie, za co przepraszać. To, co powiedziałeś było mi potrzebne. Ktoś w końcu powiedział mi to prosto z mostu, a ja dzięki temu jeszcze bardziej zapragnąłem zmiany.
- Skoro między nami jest, jak dawniej, to powinniśmy się spotkać całym zespołem.
- Jak dawniej – rzuciłem z uśmiechem.
- Dokładnie. Może na jutro umówimy się z Irwinami. Wyjdziemy gdzieś i się rozerwiemy.
- Impreza? – zapytałem, unosząc jedną brew do góry. Calum zmierzył mnie wzorkiem. – Obiecuję, że nie tknę, ani kropelki alkoholu.
- Mam nadzieję – skwitował Michael. – Jesteście tacy uroczy. Zdobyłeś kolejne dwa punkty, Lukey. – Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, bardziej do skrzydlatego, niż do Mulata, ale Calum nie mógł o tym wiedzieć.
- Skoro obiecujesz, to nie ma sprawy. Po alkoholu stajesz się prawdziwym kutasem.
- Bardzo dobrze o tym wiem.
- W takim razie umowa stoi. Dzwonimy do bliźniaków?
- Dzwoń – rzuciłem, nie mogąc przestać się uśmiechać.
               Byłem naprawdę mocno zadowolony z tego wszystkiego, co się działo. Czułem, że na nowo odzyskuję stabilny grunt pod nogami. Pogodzenie się z Calumem było kolejnym krokiem do ogólnego sukcesu. Wiem, że przede mną jeszcze długa droga, ale po tej wizycie zyskałem tyle optymizmu i motywacji, że byłem gotowy zrobić wszystko, by osiągnąć założony cel. 


***
Mamy zgodę między nimi :) Cal nie mógłby się długo na niego gniewać :) Przed Lukiem stanie jednak kolejne zadanie, a mianowicie ogarnięcie się i nie zrobienie wiochy i wstydu na zbliżającej się imprezie. Jak myślicie, czy tym razem Hemmo da sobie radę czy znów popłynie?

Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo przypominam o Asku, a także zapraszam na Twittera - w obu przypadkach znajdziecie mnie jako @RoxyDonau :)

Pozdrawiam i do następnego czwartku!

2 komentarze:

  1. Jezu Calum kochanie dobrze, że mu wybaczyłeś, bo Hemmo się stara :) To było słodkie i urocze, jak Luke się tak stresował, ale na szczęście miał u boku Clifforda :) ten rozdział jest boski, po prstu boski! Czekam na nn
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że Ci się podobał :) Hood wrócił :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń