środa, 11 maja 2016

#15 To nigdy się nie uda

             Miałem wrażenie, że moja relacja z Michaelem wróciła do stanu początkowego. Jakby to, co stało się po imprezie, nigdy nie miało miejsca. Clifford sam się odrobinę zdystansował, co powodowało, że jeszcze bardziej gubiłem się w tym wszystkim. Zauważyłem, że im bardziej przybliżam się do niego, on odsuwa się, na nowo budując między nami niewidzialną przepaść. Przestałem wmawiać sobie, że jest dla mnie, tylko kumplem lub przyjacielem. Przez te kilka długich dni, myślałem o tym tak dużo, że w końcu sam uświadomiłem sobie, że byłem naiwny względem siebie i tego, co czuję. To on spowodował, że na nowo odczuwałem coś, o czym dawno zapomniałem. Powoli i drobnymi krokami zaczynałem obdarzać go uczuciem, z którym cholernie ciężko było mi walczyć. Miałem nadzieję, że Michael, choć trochę, odwzajemnia to samo. On jednak był tak zmienny, że nie potrafiłem odgadnąć tego, co tak naprawdę ukrywa w środku. Nic dziwnego, że często byłem zdezorientowany, bojąc się wykonać jakikolwiek krok, który przedarłby granicę między nami. Nie chciałem niczego zepsuć, a miałem przecież do tego talent. Dlatego trzymałem się z boku, nie wychylając się, pozwalając mu na kontynuowanie pracy, jaką miał. Pracy nade mną.
             Minął dokładnie tydzień od pamiętnej imprezy. Podczas tych siedmiu dni spotykałem się regularnie z chłopakami, aby na nowo zacząć pracę nad muzyką. Wspólnie uznaliśmy, że jestem gotowy zrobić kolejny krok i wrócić do grania. Oni i ja. Nawet Adam, nasz menadżer był pełen optymizmu, kiedy o skutkach terapii poinformował go Ashton. Oczywiście na wszystkich próbach obecny był także i Michael, który nieustannie kontrolował mój każdy, nawet najmniejszy ruch.
              Dzisiaj mieliśmy oficjalne spotkanie z Adamem. Mężczyzna zaprosił nas do swojego biura, aby odbyć niby luźną rozmowę, dotyczącą powrotu 5 Seconds of Summer. Oczywiście nie byłem na tyle głupi, by w pełni to kupić. Z góry wiedziałem, że nasz menadżer chce po prostu na własne oczy sprawdzić, że mój stan psychiczny się poprawił, a ja nie zrobię kolejnych obciachowych afer, które na nowo pogrążą zespół.
               Spojrzałem na zielonowłosego chłopaka, kręcącego się przy oknie. Siedzieliśmy właśnie w olbrzymim biurze Adama. Facet na moment wyszedł, zostawiając naszą piątkę – choć chłopaki myśleli, że jesteśmy we czworo – samych. Calum wyciągnął telefon, buszując zapewne po Twitterze, zaś bliźniaki, jak zwykle zaczęli się sprzeczać o to, kogo jest teraz kolej na sprzątanie łazienek i czyszczenie toalety.
- Co to niby ma być? To takie… mało fascynujące – powiedział Michael, a ja ponownie skupiłem na nim błękitne oczy. Chłopak przekrzywił głowę, wpatrując się w biurowe kulki Newtona, które stały na parapecie. – Co to niby robi?
- Nie ruszaj – odparłem cicho, na co ten zaśmiał się, wzruszając ramionami. Siedzący obok mnie Hood, podniósł głowę, a potem spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Co mówiłeś? – Musiałem zignorować rozbawioną minę Clifforda, który najwidoczniej zaczynał dobrze się bawić.
- Wiem, przepraszam – powiedziałem szybko, unosząc ręce do góry. – Nie chciałem czytać twoich… Wymsknęło mi się.
- To są odpowiedzi od naszych fanów - rzucił, machając dłonią, jakby nic się nie stało. – Właśnie wrzuciłem informację, że mamy spotkanie z Adamem. Od razu był odzew. Chcą, byśmy w końcu wrócili.
- Nie tylko oni – powiedziałem z uśmiechem.
- Co to kurwa robi?
             Zdążyłem tylko to usłyszeć, a zaraz po tym w pomieszczeniu rozległ się charakterystyczny dźwięk uderzanych o siebie metalowych kulek. Wszyscy spojrzeliśmy w stronę okna, przy którym stał Newtonowy gadżet, prezentujący nam w danej chwili prawo zachowania pędu i energii. Zacisnąłem mocniej zęby, kiedy Clifford zachichotał, udając niewiniątko.
- Jak to się włączyło? – wydusił Daniel, mrużąc oczy.
- Podmuch wiatru – odparłem, wzruszając ramionami.
- Podmuch wiatru? W zamkniętym pomieszczeniu? Serio, Hemmings? - prychnął z niedowierzaniem, Calum.
- A masz lepsze wyjaśnienie?
- Duchy – powiedział zadowolony z siebie, rozwalając się na krześle. – Zawsze chciałem zobaczyć ducha.
- Mogę mu zrobić mały pokaz – odparł Michael, uśmiechając się szeroko.
- Nawet nie próbuj – odpowiedziałem, świdrując go wściekłym spojrzeniem.
- Co? – zwrócił się do mnie Hood, ponownie odrywając się od komórki, do której zdążył się na nowo przyssać. – Właśnie napisałem do ludzi, że mamy w pokoju ducha.
- Jesteś idiotą – skwitował Ashton.
- Mogę pieprznąć książkami? - zapytał, przesłodzonym tonem, Clifford. – Niech Cally uwierzy w duchy.
- Nie, nie, nie – wyrzuciłem z siebie. Chłopaki spojrzeli na mnie, jak na idiotę. Kurwa. Weźcie mnie stąd, albo zabijcie na miejscu.
- A ty znowu gadasz sam do siebie? – powiedział starszy Irwin, machając na mnie palcem.
- A może zaprzeczył twojemu stwierdzeniu na temat mojej osoby – rzucił Hood, mierząc go wzrokiem.
- Łał… Nie wiedziałem, że się tak umiesz wysławiać, Cal. Startujesz na prezydenta?
- Uwielbiam ich. Są lepsi, niż jakikolwiek serial – skwitował Michael, podchodząc do biurka. Usiadł na krześle, które odrobinę zaskrzypiało. To ponownie zwróciło uwagę chłopaków. Zakryłem twarz rękami. Zastrzelcie mnie i to szybko.
- Mamy ducha – pociągnął Calum, nie odrywając oczu od czarnego, skórzanego, biurowego fotela. – Jeśli to wyda jeszcze jeden dźwięk, to przysięgam, że dostanę zawału.
- Cally czy to wyzwanie? – mruknął Michael, opierając łokcie na blacie. – Czuję się, jak profesor. Taki… z uniwerku. 
            Przekręciłem oczami, a następnie zerknąłem na bliźniaków. Tamta dwójka w ogóle się nie odzywała, dokładnie obserwując część gabinetu, po której buszował zielonowłosy.
- Cal, duchy nie istnieją – powiedziałem, szybko podnosząc się z miejsca.
- Właśnie, że istnieją – pociągnął Clifford, kiwając dodatkowo głową. Podszedłem do niego, odcinając go od pozostałych. – W Niebie mamy ich ba… Cześć – odparł, kiedy złapałem go za koszulkę. – Chcesz kupić napieprzające o siebie i nikomu niepotrzebne srebrne kulki? Nadal działają.
- Błagam cię – wysyczałem tak cicho, by nie usłyszała mnie reszta. – Uspokój się.
- Tylko żartowałem, Hemmo. A teraz zabieraj łapska. - Zanim zdążyłem się zorientować, trzepnął mnie w dłoń, przez co podskoczyłem w miejscu.
- On cię uderzył?!
- Co? - Raptownie odwróciłem się w stronę bladego Daniela.
- Duch?
- Jaja sobie ze mnie robisz? – wydusiłem, udając zdziwionego. Nie powiem, ale to uderzenie odrobinę bolało.
- Mam wrażenie, że teraz to Adam robi sobie z nas jaja – wydusił gitarzysta. Zerknąłem na Michaela. Uśmiechnął się, by po chwili spoważnieć i zmrużyć swoje zielone oczy.
- Będę już grzeczny – powiedział powoli, dokładnie akcentując każde słowo. Prychnąłem pod nosem. Jasne… A ja jestem niewolnica Isaura.

              Po rozmowie z Adamem, dostaliśmy jeszcze większej motywacji do pracy. Nic dziwnego, że po wyjściu z budynku od razu pojechaliśmy do bliźniaków, aby wspólnie odświeżyć nasze kawałki. Dodatkowo zamówiliśmy pizzę, bo cała nasza czwórka porządnie już zgłodniała. Michael odpuścił, wracać do siebie. Miał pojawić się u mnie w mieszkaniu, jak tylko skończymy swoją spontaniczną próbę.
              Wszedłem na chłodną klatkę schodową. Dochodziła jedenasta wieczorem. W jednej dłoni ściskałem uchwyt od czarnego futerału z gitarą. Całe szczęście, że miałem ten instrument w bagażniku, bo inaczej musiałbym skorzystać z tych, które posiadają bliźniaki. A na swojej wręcz uwielbiałem grać.
               Gdy tylko dotarłem do pierwszych schodów, które miały poprowadzić mnie na odpowiednie piętro, poczułem na udzie wibrację. Po chwili rozległ się znany dźwięk dzwonka. Wolną dłonią sięgnąłem do kieszeni. Wyciągnąłem telefon. Moje oczy zrobiły się wielkości spodków, gdy zobaczyłem osobę dzwoniącą. Mama. Miałem wrażenie, że nie rozmawiałem z nią od wieków. Zresztą, po ostatniej próbie byłem pewny, że znowu doprowadziłem ją do łez. Niedługo po tym skontaktował się ze mną mój brat, który był bardziej bezpośredni. Mentalnie mną potrząsnął, a ja jeszcze bardziej zapragnąłem zmiany.
               Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w ekran, bojąc się odebrać. W końcu komórka zamilkła, a ja wziąłem głęboki oddech. Na oślep ruszyłem po schodach na górę, w dalszym ciągu gapiąc się na urządzenie. Byłem tak dużym tchórzem, że nie miałem odwagi na to, aby do niej oddzwonić. Aby wykonać kilka prostych ruchów i ponownie nawiązać połączenie z własną matką. To ewidentnie mi pokazało, że nadal znajduję się na granicy beznadziejnego przypadku. Raczej po tym wszystkim nie zasłużyłem na miano Syna Roku.
- Cześć, księżniczko.
              Podskoczyłem i prawie potknąłem się o własne nogi, kiedy znikąd pojawił się Michael. Na całe szczęście nie pisnąłem, jak dziewczyna. Jeszcze mi tu do szczęścia sąsiadów brakowało, którzy by pewnie wynurzyli się ze swoich apartamentów, tylko po to, by z ciekawością zobaczyć, co takiego się stało. W ostatniej chwili udało mi się złapać pion i się nie przewrócić. Chociaż… Mniejsza o mnie. Ważne, że na czas podniosłem rękę do góry, ochraniając gitarę od bliskiego kontaktu ze schodami.
- Serio?! – syknąłem, przekręcając oczami.
- Jak było na próbie?
- W porządku.
- To czemu wyglądasz, jakbyś miał się zaraz rozpłakać?
               Zacisnąłem usta tak mocno, że zmieniły się w wąską linijkę. Wolałem tego w żaden sposób nie komentować, z obawą, że naprawdę się rozkleję. Nadal byłem emocjonalnym nieudacznikiem, który nie potrafił się kontrolować. Zignorowałem pytanie, przechodząc obok niego. Michael jednak nie byłby sobą, gdyby odpuścił. Ruszył za mną, niemalże wisząc mi na plecach.
- Lukey? Słodziaku?
- Zejdź ze mnie – mruknąłem, podchodząc do swoich drzwi.
- Masz otwarte – powiedział, wskazując na nie. Zamrugałem. Faktycznie, drzwi otworzyły się na oścież tuż przed moim nosem.
- Dzięki.
              Wszedłem do środka. Odłożyłem na bok gitarę, ustawiając ją tuż przy wieszaku z kurtkami. Z kieszeni spodni wyciągnąłem klucze, które trafiły standardowo na szafkę. Zamknąłem za nami drzwi. Bez słowa przeszedłem do salonu, a potem padłem na kanapę. Zakryłem twarz rękami.
- Mów, co się stało – powiedział Michael, siadając obok. 
              Przysunął się odrobinę bliżej, a ja niemalże natychmiast wyłapałem jego znany zapach. A on powoli mnie uspakajał. Wziąłem po raz kolejny głębszy oddech. Spojrzałem na niego. Na jego twarzy wymalował się niepokój. On faktycznie się o mnie martwił.
- Dzwoniła… dzwoniła moja mama – wydusiłem, skupiając wzrok na swoich palcach.
             Zerknąłem odrobinę w bok, zdając sobie sprawę z tego, że jego dłonie znajdują się tak blisko moich. Dostrzegłem na jego palcu złotą obrączkę. Byłem tak przyzwyczajony do jego aureoli, którą miał nad głową, że dopiero teraz uświadomiłem sobie to, że Michael siedzi obok mnie w swojej ludzkiej postaci.
- Co u Liz? – zapytał ciepłym tonem.
- Nie wiem.
- Nie wiesz?
- Nie odebrałem – odparłem, czując się podle.
- Dlaczego? – pociągnął ciszej, a jego ton zmienił się na bardziej spokojniejszy.
              Wzruszyłem ramionami, choć tak naprawdę wiedziałem, dlaczego to zrobiłem. Byłem po prostu zwykłym tchórzem. Ale to słowo nie chciało mi przejść przez gardło. Drgnąłem nerwowo, kiedy Michael poklepał mnie delikatnie po ramieniu. Spojrzałem na niego po raz kolejny. Uśmiechnął się. Poczułem ciarki na plecach, bo jego uśmiech wlał we mnie odrobinę ciepła. Dopiero po tym zorientowałem się, że ze stresu zrobiło mi się zimno. A jego uśmiech, jakby od wewnątrz, powoli mnie rozgrzewał.
- Damy sobie z tym radę – powiedział cicho, teraz dla odmiany gładząc dłonią moje plecy. – Zaczniemy małymi krokami. Powoli i stopniowo, okej?
- Zawiodłem własną rodzinę – wydusiłem z siebie, czując napływające do oczu łzy. Zamknąłem je pospiesznie, aby to ukryć. – Oni mnie nienawidzą.
- Nie. Oni jedynie się o ciebie martwią. Pewnie mają do ciebie też żal o to, jak potraktowałeś ich później. I żal do siebie, że nie potrafili ci na czas pomóc.
- To nie ich wina…
- Luke, uspokój się. Nie ma co się załamywać. Poradziliśmy sobie z poczuciem winy, z Calumem i innymi mniejszymi rzeczami. Tę sprawę też się da rozwiązać. Chyba, że całkowicie straciłeś wiarę w swojego anielskiego kumpla? Jeśli tak, to czuję się tym cholernie urażony.
                Nie wytrzymałem i zerknąłem na niego z lekkim uśmiechem. Jego ostatnie słowa skutecznie mnie rozluźniły, dając mi nadzieję na to, że faktycznie jakoś to będzie. Może nie od razu zyskam uznanie i ponowne zaufanie w oczach rodziny, ale tak jak powiedział – małymi krokami uda się cokolwiek poprawić.
               Zapatrzyłem się w jego spokojne, zielone oczy, w których było widać te znane mi iskierki. On również miał na twarzy wymalowany delikatny uśmiech. Jego dłoń w dalszym ciągu znajdowała się na moich plecach. Wstrzymałem oddech, zdając sobie sprawę z tego, jak blisko mnie był. Zielonowłosy niemalże opierał się brodą o moje ramię. Gdybym tylko trochę odwrócił głowę, nasze nosy pewnie by się ze sobą zderzyły. Usta, zaś dzieliły tylko niewielkie milimetry…
             Nie wiem, co mi strzeliło do głowy. Być może była to chęć pozyskania od niego tej nadziei, pozbycia się uczucia osamotnienia lub wyobrażenia sobie tego, że nadal jestem dla kogoś kimś ważnym? A może po prostu ponownie chciałem poczuć jego smak? A może te wszystkie rzeczy skumulowały się w jedno, popychając mnie od tego, co zrobiłem kilka sekund później?
             Zanim Michael zdążył się zorientować, ująłem jego twarz w dłonie i bez cienia zawahania, wpiłem się w jego pełne usta. Uderzyła we mnie przyjemna fala gorąca, która rozniosła się po całym ciele. A na reakcję Clifforda nie musiałem czekać długo. Chłopak objął mnie, przejeżdżając palcami po moim karku, co wywołało przyjemne dreszcze na kręgosłupie. Przechylił głowę, pogłębiając pocałunek. Nie protestowałem, tylko naparłem na niego jeszcze bardziej.
              W tym momencie nie myślałem już o niczym. Ani o telefonie od mamy, ani o zespole, ani o konsekwencjach tego, co zrobiłem. Teraz liczyło się dla mnie, tylko to, co dzieje się między nami. On, jego ciepłe i miękkie wargi na moich, jego ramiona wokół mnie i ten dotyk, który powodował tak wiele doznań. Zdecydowanie Michael wyzwalał we mnie same pozytywne uczucia i emocje. Jakbym dzięki temu czerpał pozytywną energię i lepsza perspektywę. Był, niczym latarnia, która z oddali wskazuje prawidłową drogę. A ja nie broniłem się przed tym, by nią podążać.
              Z moich ust wydobyło się ciche mruknięcie, kiedy Michael zahaczył palcami o moje włosy. Wtedy zamarł, a następnie odskoczył ode mnie, jak oparzony. Spojrzałem na niego zaskoczony. Dalej byłem lekko otumaniony tym, co się stało. Co sam zacząłem. Wstrzymałem oddech po raz kolejny, widząc jego spanikowany wzrok. Raptownie wstał z kanapy.
- Przestań – wydusił, a jego głos niebezpiecznie zadrżał.
             Teraz byłem jeszcze bardziej zdezorientowany. Wcześniej jakoś nie zareagował tak impulsywnie. Może… Może on wcale nie chce takiego rodzaju kontaktu. Może to, co stało się po imprezie było głupim wybrykiem, a on nigdy nie brał pod uwagę tego, że może się to powtórzyć. Może nigdy nie myślał o mnie w taki sposób, w jaki ja zacząłem myśleć o nim. Otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Nie byłem w stanie się odezwać.
- Ja… Nie mogę… Nigdy nie powinniśmy… Nie możemy – wydukał, starając się na mnie nie patrzeć. Momentalnie zrobiło mi się zimno. Pokręcił głową. – Lepiej będzie, jak wrócę do siebie. – I zniknął.
            Zaczerpnąłem głośnej powietrza, jakbym przez tę chwilę zupełnie zapomniał, jak się poprawnie oddycha. Poczułem, jak cały drżę. To, co powiedział cholernie bolało. Ale co ja sobie wyobrażałem? Że Michael będzie chciał kogoś tak zniszczonego, jak ja? Że nagle z kumpelskiej relacji przeciągnę go w stronę głębszego uczucia i to tylko dlatego, że ja tego chciałem? Najwidoczniej zielonowłosy stał po innej stronie barykady, za którą moja osoba nie miała wstępu. Zupełnie nie wiedziałem, co zrobiłem źle. Z pewnością omylnie odczytałem jego sygnały, a on po prostu już taki był. Przylepnym gościem, który nie miał nic przeciwko bliższemu kontaktowi. Oczywiście do czasu…
            Podciągnąłem się wyżej, stawiając nogi na kanapie. Oplotłem je ramionami, opierając na nich głowę. Zagryzłem dolną wargę tak mocno, że poczułem niemiłe pieczenie w miejscu, w którym znajdowały się moje zęby. Kurczowo zacisnąłem palce, starając się nie rozpaść na nowo. Jeśli przez ten pocałunek stracę Michaela, jako przyjaciela, to chyba pogratuluję sobie w byciu największym kretynem na tej planecie. Brawo, Luke.

~***~
            Byłem tak rozkojarzony przez to, co stało się przed chwilą, że zamiast pojawić się w domu, znalazłem się prawie nosem na drzwiach wejściowych. Zachwiałem się, tracąc równowagę, ale w ostatniej chwili chwyciłem za klamkę i podciągnąłem się, by nie paść na tyłek. Moje serce biło szybko, wystukując, tylko jeden rytm – LukeLukeLuke. Miałem wrażenie, że ten łomot zaraz rozsadzi mi czaszkę. Kompletnie nie ogarniałem tego, co się wydarzyło. Że tym razem to on zaczął, a nie ja. I obaj byliśmy stuprocentowo trzeźwi.
            Wszedłem do środka. Moje nogi były, jak z waty. Czułem, jak cały się trzęsę. Dwie sprzeczne emocje wypełniały mnie całego, a ja nie wiedziałem, co robić dalej. Z jednej strony tak cholernie pragnąłem tego, by złamać barierę między nami i wpuścić to uczucie, które do niego czułem. Ale była także druga strona medalu. Nie byłem człowiekiem, nie należałem do tego samego świata. Świata, który był mi pod tym względem zakazany.
- Piłeś?
            Podskoczyłem, odwracając się z wyrzutem w stronę dziewczyny. Boria siedziała na kanapie, pochylona nad jakąś książką, której z okładki nie rozpoznawałem. Byłem pewny, że czyta kolejne romansidło.
- Nie – wymamrotałem, a następnie ruszyłem pędem do łazienki, aby jak najszybciej zejść jej z oczu. Chciałem uniknąć niewygodnych pytań.
            Wszedłem do białego pomieszczenia, zamykając drzwi na zamek. Usiadłem na brzegu wielkiej wanny, starając się uspokoić. Wdech i wydech, Clifford, wdech i wydech… To przecież nie takie trudne! 
             Odruchowo przejechałem palcami po wargach, na których jeszcze niedawno znajdowały się jego usta. Miałem wrażenie, że nadal czuję jego smak. Ten idealny dla mnie smak. Dlaczego moje głupie serce musiało wybrać akurat jego? Dlaczego nie mogłem skupić się na kimś innym? Dlaczego ten pieprzony Hemmings musiał zamotać mi w głowie?
- Michael!
- Nie chcę gadać! Nic mi nie jest! Jestem zmęczony i…
- Otwieraj! – warknęła Boria, łomocząc pięścią w drewno. Uniosłem jedną brew do góry. Jakby niewinne drzwi były w stanie ją powstrzymać przed tym, by nie zrobić mi nalotu. Jasne. Kogo ona chce oszukać?
- Daj mi żyć i… No, weź – jęknąłem, gdy drzwi otworzyły się. Rudowłosa weszła do środka, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. – Czy w tym domu nie możemy mieć odrobiny prywatności?!
- Ta… Jeszcze napisz na mnie pisemną skargę. Rozpatrzę wtedy swoje zachowanie. – Przekręciłem oczami. – Gadaj, co się dzieje.
- Nic się nie dzieje.
- Clifford!
- Teraz zdecydowanie nie zachowujesz się, jak moja przyjaciółka – mruknąłem, zezując na nią.               Boria spojrzała na mnie z politowaniem, jakbym był największym głąbem w Niebie. W sumie byłem. Po tym, co stało się na Ziemi, mogłem sięgnąć po te zaszczytne miano.
- Martwię się o ciebie. Szczególnie teraz.
- Nie ma takiej potrzeby.
- Michael – jęknęła, rozkładając ręce. – Co z Lukiem? – Spiąłem się na dźwięk imienia Hemmingsa. Poczułem na policzkach lekkie pieczenie. Bosko, jeszcze zdradziłem się klasycznym twarzowym pomidorem. – Och… Chodzi o niego? – Wzruszyłem ramionami. – Oczywiście, że chodzi o niego.
- Przestań… 
             Odwróciłem głowę, kiedy zielone tęczówki niemalże przeszywały mnie na wylot. Kogo, jak kogo, ale dziewczyna miała idealny szósty zmysł i szybko potrafiła mnie rozgryźć. Miałem marne szanse na to, by ją okiwać i liczyć, że mi odpuści. Powoli zaczynałem mięknąć.
- Ty i Luke?
- Boria…
- Tak myślałam – pociągnęła, kiwając głową. Podeszła do mnie. Usiadła na brzegu wanny. – Jakoś się z tym za bardzo nie kryłeś. Po tym, jak o nim mówiłeś, było widać, że jest dla ciebie kimś więcej, niż zwykłym podopiecznym.
- Nie, nie, nie… Ja nie mogę… Ja… - Urwałem, gdy uśmiechnęła się lekko. – To nigdy się nie uda.
- Myślisz, że jesteś jedynym, który poczuł coś do człowieka? – Wytrzeszczyłem oczy. – Nie jesteś, aż tak wyjątkowy – dodała ze śmiechem. – Było już trochę takich przypadków.
- I co z nimi?
- To, jakby nie patrzeć temat tabu i o tym się nie mówi w naszych szeregach – powiedziała cicho, wzruszając ramionami. – Myślę jednak, że nie spotkała ich z tego powodu, jakaś kara. Kto normalny karał, by za uczucia? Z drugiej strony nie wiadomo, co się z takimi osobami stało. Jednak jest to sprawa dość delikatna. I stanie się poważniejsza, jeśli Luke okaże się być dla ciebie… Wiesz kim. – Pokręciłem głową, zasłaniając twarz rękami. Po chwili poczułem, jak Boria delikatnie mnie obejmuje. – Może coś się wymyśli?
- Może – wydusiłem, czując się jeszcze gorzej. 
             Jeśli Luke faktycznie stanie się dla mnie kimś tak ważnym, jak to napomknęła Boria, to będę miał przekichane po całości. Będę mógł jednak to zataić przed Hemmingsem, aby go nie skrzywdzić. Zresztą, byłem już na takim etapie zauroczenia tym przeklętym blondynem, że zrobiłbym dla niego wszystko. Poświęciłbym nawet samego siebie. Czy aby na pewno byłem w nim, tylko mocno zadurzony? Może faktycznie zaczynałem się w nim zakochiwać? 


***
Muke kiss part 2 :D Tym razem Hemmo zaczął, Michael skończył i teraz oboje są smutni. A oprócz tego Clifford musiał oczywiście trochę utrudnić funkcjonowanie Hemmo, gdy doszło do spotkania w gabinecie :D
Mam nadzieję, że rozdział Wam się podobał. 

Standardowo przypominam i zapraszam na Ask i Twittera - @RoxyDonau - może komuś się przyda te wielokrotnie powtarzane info :D

Kolejny rozdział w następny czwartek.

Pozdrawiam!

3 komentarze:

  1. 9uddhdhdsjjdjdjd seriooooooo MIKEY!!!!!! Jak mogłeś od tak spierdzielić, pieprznąć, że nie możecie i uciec zostawiając go w takim stanie! CLIFFFOOOORD ogaaaar! Zaniepokoiła mnie końcówka, Mikey ewidentnie jest zabujany w Hemmo, ale on jest człowiekiem - jestem ciekawa, co mieli na myśli mówiąc o Tym Ważnym Kimś kim może się stać dla niego. Czekam na kolejny rozdział :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, "Tym Ważnym Kimś" będzie wyjaśnione :) Nie zostawię Was bez odpowiedzi :D
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń