czwartek, 16 czerwca 2016

#20 Powiedziałeś do mnie: kochanie?

            Jęknąłem pod nosem, gdy coś niemalże wcisnęło mnie w materac. Rozchyliłem lekko powieki, czując po nimi piasek. Zamrugałem, chcąc się pozbyć tego niezbyt przyjemnego odczucia, ale na nic się to zdało. W końcu domyśliłem się, kto taki wisi mi na plecach. Michael rozpłaszczył się na mnie, niczym płaszczka, dodatkowo wbijając mi łokieć bok. To nie była nazbyt delikatna pobudka z jego strony.
- Co jest? – wydusiłem, zachrypniętym głosem.
- Wstajemy, Lukey, dzisiaj wyruszamy w podróż!
- Mikey…
- Tyłek z wyra! Chcę cię w końcu przelecieć!
- Co?
             Odwróciłem się, by móc na niego spojrzeć. Niestety, to mi się nie udało, bo Clifford dalej wciskał się w moje ciało. Dopiero się obudziłem i nie miałem siły, by go z siebie zepchnąć. Dodatkowo domyślałem się, że jest około piątej nad ranem, więc tym bardziej byłem pozbawiony energii. Oprócz tego przespałem może z cztery godziny i ten krótki sen zawdzięczałem, tylko swojej głupocie.
- Miało być, że chcę się w końcu przelecieć!
- Czym?
- Paralotnią, łosiu. No, samolotem, a czym?! – powiedział, pukając mnie w tył głowy, przez co moja twarz kilka razy obiła się o miękką poduszkę. – Nigdy nie leciałem samolotem!
- Ekscytujące – mruknąłem, próbując się na nowo zakopać w pościeli. Było to jednak nie możliwe przez obciążenie na moich plecach.
- Lukey!
- Dosłownie chwila.
- Nie trzeba było grać w Fifę do pierwszej w nocy!
- Minuta…
- Luke Robert Hemmings! Wstawaj z tego wyra, bo inaczej wyciągnę cię z niego siłą, a wiedz, że tego cholernie nie chcesz! – krzyknął głośno tuż przy mojej głowie. Podskoczyłem w miejscu, cały się spinając. Ja naprawdę kiedyś przez niego wykituję.
              Mruknąłem niezadowolony pod nosem. Michael chyba źle to zinterpretował, bo jak tylko pomyślałem o wstaniu, coś mną szarpnęło, a ja wysunąłem się spod pierzyny, jak to ma miejsce w tych wszystkich dziecięcych bajkach. Próbowałem złapać się czegokolwiek, by nie spaść, ale jedyne, co udało mi się zrobić, to ściągnąć kołdrę razem z sobą. Momentalnie znalazłem się na dole, leżąc na chłodnej drewnianej podłodze. Jak tak dalej pójdzie, to nie wytrzymam psychicznie z tym aniołem.
- Serio?!
- Wstajemy, Hemmo! – pociągnął dalej, a potem uderzył mnie kilka razy w pośladki. – Idź się myj, ubieraj i lecimy. Sydney czeka!
- Zabijcie mnie – powiedziałem cicho pod nosem. Nie miałem wyboru, musiałem zrobić to, co chciał. Pod tym względem z Michaelem nie było dyskusji. Miał nade mną przewagę.

              Byłem naprawdę nieprzytomny. Przespałem może w sumie cztery godziny i przez to zupełnie nie nadawałem się do normalnego funkcjonowania. Wiedziałem jednak, że w samolocie będę mógł odespać. O ile Michael mi na to pozwoli, bo chłopak postanowił towarzyszyć mi w tej wyprawie w swojej ludzkiej postaci – od samego początku do końca. Miałem nadzieję, że na lotnisku nie będzie świrował i zachowa się, jak na w miarę normalnego człowieka przystało.
               Widać było, że się ekscytuje. Że nie może się doczekać, by w końcu wsiąść w tą wielką maszynę. Jak sam powiedział, nigdy nie podróżował samolotem. Ten jego entuzjazm, przez który Michael czasem przypominał mi nakręcone na coś pięcioletnie dziecko, wpływał także na mnie. W jakiś sposób się uspakajałem. Przez jego ciągłą paplaninę o tym, jak to będzie, zapomniałem o stresie, który pojawił się, przez perspektywę spotkania się z własną rodziną.
              Pod tym względem byłem przestraszony. Denerwowałem się, że może moi rodzice nie będą chcieli ze mną w ogóle rozmawiać. Że może odetną się ode mnie zupełnie. Że cała ta próba pójdzie na marne. Wiedziałem, że niepotrzebnie tworzę takie czarne scenariusze, ale to, jak zwykle było silniejsze ode mnie. Jakbym w rzeczywistości był chodzącym pesymistą, a nie tym uśmiechniętym i pewnym siebie Lukiem Hemmingsem z 5 Seconds of Summer. Jakbym miał dwa pieprzone oblicza, które nie dają się połączyć w jedno. Zachowanie Michaela jednak pomagało mi w tym, że nie skupiałem się na wizycie w rodzinnym domu. Wizycie, o której mama, tata i brat, nie mieli pojęcia.

              Siedziałem na jednym z połączonych ze sobą krzeseł, powoli sącząc kawę z automatu. Nie… Ona w ogóle nie smakowała, jak kawa. Miałem jednak nadzieję, że tchnie we mnie jeszcze trochę energii i siły. Nadal marzyłem o łóżku i o tym, by choć na chwilę się zdrzemnąć. Michael znajdował się obok. Chłopak cały czas kręcił się na swoim miejscu, chcąc dokładnie wszystko obejrzeć i zobaczyć.
              Przymknąłem na chwilę oczy. Nadal mnie odrobinę piekły. Słyszałem, jak Clifford wyrzuca z siebie kolejne słowa, które teraz zlepiły się ze sobą, tworząc dla mnie jeden wielki bełkot. Naprawdę chciałem go zrozumieć, ale mój mózg powoli się wyłączał. Zachwiałem się, zdając sobie sprawę z tego, że niemalże przysypiam na siedząco.
- Luke?
              Podniosłem głowę, by spojrzeć na trójkę dziewczyn, które zatrzymały się naprzeciwko mnie. Zamrugałem, dokładnie się im przyglądając. Na ich twarzach widniały wesołe i pogodne uśmiechy. Zdecydowanie były bardziej rozbudzone i nie tak śnięte, jak ja.
- Cześć – rzuciłem, prostując się.
- Możemy zrobić sobie z tobą zdjęcie?
- Jasne, ale będziecie musiały mnie podrasować w PhotoShopie, bo prezentuję się tragicznie.
- Wyglądałeś gorzej – skwitował Michael, chichocząc pod nosem, zwracając jednocześnie na siebie uwagę fanek. 
              Dziewczyny zaśmiały się cicho. Spiorunowałem go wzrokiem. Clifford zrobił niewinną minę. Odstawiłem kubek na bok i wstałem z miejsca. Poprawiłem koszulkę i włosy, by jakoś wyglądać, choć wiedziałem, że to mi raczej za wiele nie pomoże.
- Czy twój kolega może nam zrobić grupowe zdjęcie? – zapytała jedna z nich.
- On…
- Pewnie – rzucił z uśmiechem Michael, podrywając się ze swojego siedzenia. Zanim dążyłem się zorientować, już trzymał w dłoni telefon jednej z nich. Uniosłem zaskoczony brwi, gdy szybko nas ustawił. – Uśmiech!
- Dzięki wielkie – powiedziała brunetka, obejmując mnie, kiedy nasza mała sesja dobiegła końca.
- Również dziękuję.
- Wybierasz się do domu?
- Ja… Nie mówcie nikomu, okej? To ma być niespodzianka – skłamałem, bo raczej moja wizyta w domu nie będzie taką pozytywną niespodzianką, o jakiej można by było pomyśleć. Mogłem się założyć, że z początku będzie niezbyt przyjemnie, ale liczyłem na to, że po rozmowie z rodzicami, wszystko się zmieni.
- Pewnie, nic nie powiemy – odparła jej koleżanka. – Dzięki za to, że zrobiłeś za fotografa – dodała, patrząc na zielonowłosego.
- Nie ma sprawy – rzucił, machając im. Dziewczyny raz jeszcze uściskały mnie i to było naprawdę miłe, a potem pożegnały się z nami, odchodząc w boczny korytarz.
- Były w porządku – skomentował Clifford.
- Były.
- Rozbudzony?
- Nie, nadal mam wrażenie, że zaraz padnę na pysk i zasnę na ziemi – mruknąłem, wracając na swoje miejsce.
- Przytulić cię?
- Przytul – odparłem ze śmiechem, kiedy chłopak ponownie usiadł obok. 
             Spiąłem się, będąc zaskoczonym, że Michael faktycznie mnie objął. I zrobił to w miejscu publicznym. Cmoknął mnie ukradkiem i szybko w policzek, a potem rozsiał się na swoim krześle, jak gdyby nic się nie stało. Spojrzałem na niego wielkimi oczami. Na jego twarzy ponownie zagościł szeroki uśmiech. Nic dziwnego, że zaraz i ja zacząłem się lekko uśmiechać. Ale co mogłem na to poradzić. On właśnie tak na mnie działał.

              Weszliśmy na pokład samolotu. Odnaleźliśmy nasze miejsca. Michael usiadł przy oknie, podskakując na siedzeniu, niczym mała kolorowa piłeczka. Miałem wrażenie, że chłopak zaraz wybuchnie z tej ekscytacji. W końcu po długich kilkunastu minutach mogliśmy startować. Oczywiście nie obyło się bez standardowych procedur, które znałem na pamięć. Oprócz tego musiałem trzy razy prosić Michaela o to, by w końcu się uspokoił i ogarnął i zapiął te cholerne pasy. Był właśnie pochłonięty swoim fotelem, który można było ustawiać w zależności od tego, w jakiej pozycji chciało się siedzieć.
- O na głowę Szefa! To zaraz, Luke!
- Ciszej – syknąłem, pukając go w ramię.
- To się dzieje… Luke?
- Tak? – Samolot właśnie ruszał, a ja zadałem sobie sprawę z tego, że Michael dziwnie pobladł. – Co jest?
- Ja… Ja nie wiem, czy ja na pewno chcę lecieć.
- Nie ma odwrotu.
- Dobra… Dobra… Dobra, teraz się boję – wymamrotał, kiedy zaczęliśmy powoli się rozpędzać na pasie startowym.
- Bież głębokie oddechy i nie panikuj. Nic się nie stanie.
- Samoloty wybuchają, nie? Ten nie wybuchnie?
- Nie wybuchnie – odparłem, zaciskając usta, by nie ryknąć śmiechem. Wiem, byłem okropny, ale to było silniejsze ode mnie.
- O kurwa – syknął, kiedy wbiło nas w fotele. – Nie chcę, nie chcę, nie chcę…
- Spokojnie, wszystko jest w porządku.
- To zawsze tak trzęsie?
- Jest okej.
- A jak się rozbijemy?
- Nie rozbijemy. – Złapałem go za rękę. Ścisnął moją dłoń tak mocno, że jego palce, aż pobielały. – Nic ci nie będzie.
- Rozbijemy się, a ja tu umrę… W sumie… W sumie taki wybuch nic mi nie zrobi. Ale… Ale i tak się kurewsko boję. Wiem, że nie mogę umrzeć, ale i tak… To nie pomaga… Chcę wyjść.
- Mikey, kochanie…
- Ja tu umrę i… Powiedziałeś do mnie kochanie? - Raptownie odwrócił się. Jego zielone oczy zrobiły się wielkie, niczym spodki. Uśmiechnąłem się, gładząc palcami jego skórę na zewnętrznej stronie dłoni.
- Może powiedziałem?
- Powiedziałeś.
- Może… A może się przesłyszałeś? Wiesz, w strachu ludzie słysząc to, co chcą i…
- Powiedziałeś do mnie: kochanie… Lukey, to takie cholernie słodkie.
- Bo rzygniesz tęczą.
- I zjebałeś wszystko – mruknął, kręcąc z niezadowoleniem nosem.
- Ale skutecznie odwróciłem twoją uwagę od samolotu i…
- O dobry Szefie! Ja nadal siedzę w tej przeklętej maszynie? – Zerknąłem na niego, jak na kretyna. – Ej, już jest spokojniej.
- Zaraz będzie jeszcze lepiej, bo samolot się wyrówna. Będziemy mogli odpiąć pasy.
- Najgorsze za nami?
- Tak – skłamałem. Przecież nie powiem mu, że podobne atrakcje mogą mieć miejsce przy lądowaniu. Tym bardziej pominąłem turbulencje, które mogą się zdarzyć. W końcu mamy przed sobą ponad piętnastogodzinny lot. Wszystko w tym czasie jest możliwe.

              Kiedy Michael się uspokoił, mogłem sobie pozwolić na drzemkę, której nie mogłem się doczekać. W sumie spałem prawie dwie godziny. Zasnąłem, opierając głowę na jego ramieniu. Objąłem go wolną ręką tuż nad podłokietnikiem. 
              Dopiero, gdy się obudziłem, zorientowałem się, że Michael całkowicie zmienił moją pozycję. Ocknąłem się, a mój fotel był obniżony. Pod głową znajdowała się biała poduszka. Przykryty byłem miękkim niebieskim kocem. Jedyne, co się nie zmieniło, to bliski kontakt z chłopakiem. Michael, bowiem nadal był obok, a nasze palce pozostały ze sobą splecione. Leżałem tak jeszcze przez dłuższą chwilę, ciesząc się tym przyjemnym uczuciem.
              Po mojej pobudce uznaliśmy, że to dobra pora na coś do jedzenia. Jednak i w tym przypadku Michael musiał robić małe problemy. Chłopak chciał spróbować wszystkiego, co tu serwują, a do wyboru mieliśmy cztery dania.
- Ludzie nie jedzą czterech porcji na raz – syknąłem, pukając go palcem w udo. – Wybierz jeden.
- Nie wiem, na co mam ochotę – jęknął.
- Nie utrudniaj tego.
- Chcę wszystkie i…
- Jedno. Weź, tylko jedno.
- Za godzinę mogę poprosić o drugi?
- Zrób to za dwie, nie wyjdziesz wtedy na dziwaka. Chociaż… - Zmierzyłem go wzrokiem. – To będzie trudne. Ał! No, co? – odparłem, bo Michael przyłożył mi pięścią w ramię. Zaśmiałem się cicho na widok jego wkurzonej miny.
- Sam jesteś dziwak.
- Ty większy.
- Właśnie, że ty.
- Nie, bo… Weź – rzuciłem, kiedy sprzedał mi pstryczka w nos. – Jesteś niemożliwy.
- Ale to ty powiedziałeś do mnie kochanie.
- Nie potwierdzam.
- Wiem, co słyszałem. – Nadąłem policzki, a potem dmuchnąłem mu powietrzem prosto w twarz. - Jesteś idiotą.
- Ale i tak na mnie lecisz.
- Zastanawiam się właśnie, co ja takiego w tobie widzę – odparł, unosząc jedną brew do góry.
- Jak to, co? Idealna buźka, śliczne oczy, mam mega zajebiste nogi i fajny tyłek.
- Do tego dodaj zero intelektu i paskudny charakter.
- Pieprz się – mruknąłem, wciskając się w swoje siedzenie. Michael zaśmiał się, a następnie pochylił w moją stronę.
- Z tobą zawsze – wyszeptał. 
               Mimo tego, jak bardzo chciałem udawać obrażonego, to i tak nic mi z tego nie wyszło. Zaśmiałem się pod nosem, kręcąc jednoczenie głową. Zerknąłem na niego ponownie. Clifford wyszczerzył się szeroko. Obaj byliśmy dziwni, ale chyba to właśnie w nas lubiłem.

               Clifford wysiadł z samolotu nawet nie ukrywając ulgi. Lądowanie wcale nie było dla niego przyjemne, choć miałem wrażenie, że zniósł to lepiej, niż start. Poszliśmy za innymi pasażerami, aby odebrać walizki. Michael miał niesamowitą radochę, kiedy mógł wyłowić z taśmy nasze bagaże.
               W Sydney było południe. Jak tylko wyszliśmy na zewnątrz, poczułem to znane powietrze. Ciepłe i odrobinę suche. Byłem w domu. Jednak w jakimś stopniu czułem się tu obco. Wiedziałem, że dopóki nie załatwię sprawy z rodzicami, to nie poczuję się lepiej. Oprócz tego wróciły na nowo przykre wspomnienia. Na szczęście udało mi się je szybko zwalczyć.
               Wyciągnąłem z kieszeni telefon. Jak tylko wyszedłem z trybu samolotowego, dostałem kilka sms-ów od Ashtona. W pierwszych chciał wiedzieć, jak minęła nam podróż. W kolejnej domagał się tego, bym do niego koniecznie zadzwonił, jak będziemy na miejscu, a w następnej wymuszał na mnie obietnicę tego, że opowiem mu dokładnie, jak poszło z rozmową z moimi rodzicami.
- Dasz mi chwilę?
- Pewnie – odpowiedział Michael. – Złapię nam, jakąś taksówkę. - Kiwnąłem tylko głową, wykręcając numer do Irwina. Chłopak odebrał po trzecim sygnale.
- Co się dzieje?
- Jesteś w Sydney?
- Tak, właśnie opuściłem lotnisko.
- Nie stchórz.
- Nie zamierzam.
- Jest obok ciebie Michael?
- Nie. – Zawahałem się, zastanawiając się, czemu o to pyta. – A co…
- W sieci są wasze zdjęcia. Znowu.
- I?
- Ktoś wstawił fotki, jak się przytulacie. Pomyślałem, że chciałbyś to wiedzieć i może uprzedzić Michaela. Wiem, że ty i on…
- To skomplikowane.
- Jak status na facebooku – rzucił ze śmiechem, Ash. – Po prostu ludzie zaczynają snuć domysły, czy nie jesteście parą.
- Och… Ja… Nie jesteśmy razem – odparłem z nerwowym śmiechem.
- Wiem. Ale spoko, nie jadą po tobie, ani po nim.
- O tyle dobrze.
- Będę kończył. Zadzwoń, jak już będzie po. I pozdrów Michaela.
- Jasne. Trzymaj się, Ash.
- Do zobaczenia, Luke.
- Tutaj! – krzyknął w moją stronę Michael, machając ręką. 
               Kiwnąłem mu głową. Wsunąłem telefon z powrotem do kieszeni, a następnie ruszyłem w jego kierunku. Już niedługo dojdzie do spotkania. Było tak blisko. Jak tylko to sobie uświadomiłem, nie poczułem, tylko zdenerwowania. Zacząłem się po porostu tego cholernie bać. 



***
Ten rozdział można zaliczyć do małej przejściówki, bo zaraz Hemmo spotka się z rodzicami :) Czy to spotkanie wyjdzie? To się okaże w przysłowiowym "praniu". Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał :) 

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Do następnego :)

Pozdrawiam!




EDIT!
Nie wiem, czy ktoś z Was widział informację na Asku czy Twitterze, odnośnie dodawania rozdziałów. Mianowicie nie wyrobiłam się z pisaniem na czas :( Nie zawieszam żadnego ff, tylko od tej pory będą rozdziały dodawane nieregularnie, jak tylko je skończę. To tyczy się wszystkich opowiadań. 

Pozdrawiam!

4 komentarze:

  1. POWIEDZ PROSZE ZE TY SOBIE ZE MNIE JAJA ROBISZ.
    Skonczyc w takim momencie?!? Przed spotkania jego z rodzicami?!? To czyste zabójstwo! Jezu chce następny teraz. Kocham mega bardzo. Jeszcze to "kochanie"
    Awwww.
    Chce juz nastepny czwartek������

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No... Niestety :) Wiem, że nie powinnam tak kończyć, ale gdybym pociągnęła to dalej, to rozdział wyszedł by pewnie dłuższy - i pewnie i tak zostałby podzielony :)
      Dziękuję za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. OMG to było takie słodkie, jak Luke powiedział do niego kochanie :) oni sa tu tacy idealni *-* kocham tą historię jak każde twoje ff :) żadna nowość :) Michael w samolocie był przeuroczy :)
    nie mogę doczekać się spotkania Hemmo z jego rodziną , mam nadzieję, że przebiegnie ta wizyta w spokojnej atmosferze i bez dram :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę :) A co do spotkania, to nic nie obiecuje - Wyjdzie w praniu :D
      Dziękuję za komentarz
      Pozdrawiam!

      Usuń