niedziela, 26 czerwca 2016

#21 Naprawiasz mnie

            Czułem, jak pocą mi się dłonie. Jak koszulka nieprzyjemnie zaczyna mi się kleić do ciała. Miałem wrażenie, że serce wyskoczy mi zaraz z klatki piersiowej. Miałem spłycony i przyspieszony oddech, choć za wszelką cenę próbowałem wrócić na normalny rytm wdechu i wydechu. Moje usta i gardło były wysuszone, choć nie byłem pewny, czy dałbym w ogóle radę przełknąć nawet mały łyk wody. Na przemian zagryzałem wargę i zaciskałem szczękę, jakbym nie miał nad tym żadnej pieprzonej kontroli.
- Luke?
- Nic mi nie jest – wydusiłem cicho, patrząc na znane ulice. 
              Po chwili spojrzałem na niego. Chłopak uniósł jedną brew do góry, dokładnie przyglądając się mojej bladej twarzy. Byłem pewny, że teraz wyglądam, jak totalny wrak człowieka. Albo widmo. Albo jedno i drugie.
- Wszystko będzie dobrze – pociągnął Clifford. Powtarzał mi to niemalże od samego początku, jak tylko wsiedliśmy do taksówki. – Nie denerwuj się.
              Wsunął dłoń w moją rękę. Jego palce zacisnęły się wokół moich. Wiedziałem, że ten gest ma na celu uspokojenie mnie i danie mi poczucie tego, że on będzie blisko. Że jakoś dam sobie z tym radę. Jednak to nie pomagało. Strach przed zobaczeniem się z własną rodziną, zawładną mną totalnie. Nie potrafiłem skupić myśli na niczym przyjemnym. W głowie znowu tworzyły się czarne scenariusze, a najłagodniejszą wersją było to, jak moja własna matka zatrzaskuje mi drzwi przed nosem.
               Wzdrygnąłem się, kiedy ponownie pomyślałem o tych różnych wersjach spotkania, które mogły się wydarzyć. Poczułem, że coraz ciężej przełykam ślinę. Żołądek ze stresu skręcił mi się w ciasny supeł. Moje dłonie zaczęły się niebezpiecznie trząść. Zrobiło mi się niedobrze.
- Luke?
- Zaraz chyba zwymiotuję – wydusiłem z siebie, kiedy wjechaliśmy na osiedle, na którym dorastałem. Z łatwością rozpoznałem domy, które w ogóle się nie zmieniły. Wszystko było tu takie, jak kiedyś. Takie, jak to zapamiętałem. 
- Spokojnie…
- Ja nie dam rady, Mikey – jęknąłem, puszczając jego dłoń. Zakryłem rękami twarz, przyciskając je mocno do zimnej skóry. Było mi duszno, choć trząsłem się z zimna.
- Możemy się tu zatrzymać? – poprosił Michael, a kierowca od razu zjechał na chodnik.
- Będziemy jechać dalej? – zapytał mężczyzna.
               Mimo tego, że go nie widziałem, to poczułem, jak Clifford ponownie na mnie zerka, pewnie oceniając mój stan, który był… kiepski. Zachowywałem się, jak spanikowany facet, który nie potrafi ogarnąć się emocjonalnie. Który nie potrafi się pozbierać i stawić czoła przeszłości. Pogodziłem się ze śmiercią brata. Zrozumiałem, że to nie była moja wina. Obie te rzeczy były ciężkie i trudne. Ale wizyta w rodzinnym domu biła to na głowę. To, co się teraz działo, przerażało mnie do tego stopnia, że nie potrafiłem racjonalnie myśleć i uzyskać jakikolwiek spokój. Czułem się, jak małe zagubione dziecko, które zostało pozostawione samo sobie. W tym wypadku zostałem sam na własne życzenie. To ja odtrąciłem rodzinę, pogrążając się we własnym smutku i żalu, ignorując to, że to mocno odbija się na moich bliskich. Byłem dupkiem. Teraz przerażonym dupkiem.
- Nie, przejdziemy się.
              Zanim zdążyłem się zorientować, Michael zapłacił za nasz kurs, a potem wysiadł z samochodu. Szybko wyciągnął walizki. Po chwili stał już po mojej stronie drzwi, otwierając je. Wyciągnął dłoń. Nie byłem nawet w stanie podziękować i pożegnać się z kierowcą. Po prostu bez słowa wynurzyłem się z auta, nie do końca wiedząc, co dzieje się wokół mnie. Wszystko powoli zaczynało do mnie docierać, kiedy samochód odjechał, pozostawiając nas na pustym chodniku.
- Musimy cię doprowadzić do porządku – zaczął Michael, na co pokręciłem szybko głową. – Co jest?
- To nie wyjdzie…
- Wyjdzie, zobaczysz. Musisz tylko się uspokoić. Pomogę ci w tym. – Zielone tęczówki utkwione były w moich oczach. Poczułem jedną łzę, która spłynęła po moim policzku. Wytarłem ją drżącą dłonią. Nadal nie potrafiłem zapanować nad trzęsącym się ciałem. W sumie teraz dygotałem już cały. – Lukey, nie możesz się rozlecieć. Nie teraz.
- Ale…
- Idziemy.
               Michael wetknął mi w dłoń jedną z walizek. Wziął drugą, a potem złapał za moje ramię. Jednak nie poprowadził mnie wzdłuż chodnika. Przeciągnął mnie na drugą stronę ulicy, gdzie znajdował się pusty plac zabaw. Poddałem się temu, nie do końca wiedząc, co dokładnie planuje.
              Wokół nas panowała cisza. Słychać było, tylko cichy szum liści, które poruszały się pod wpływem lekkiego wiatru. Zdążyłem zatrzymać się przy ławce, a Michael zmusił mnie bym na niej usiadł. Ukucnął naprzeciwko, wsuwając się między moje nogi. Jego dłonie od razu ujęły moją twarz. Ciepłe palce lekko rozgrzały mi skórę. Było to cholernie przyjemne i kojące uczucie. Miałem wrażenie, że dygoczę już znacznie mniej, niż przedtem.
- Nie pozwolę ci zrezygnować – zaczął, delikatnie przesuwając opuszkami palców po moich policzkach. – Nie pozwolę ci się od tak poddać. Jesteś już prawie u celu. Przed tobą, co prawda ten najcięższy etap, ale dasz radę. Ja będę obok. Zawsze będę obok ciebie, jasne? Nie jesteś w tym sam. Jestem przy tobie. – Pokiwałem głową, nie mogąc wydusić z siebie, jakiegokolwiek słowa. Poczułem, jak kilka słonych łez ponownie wydostało się z moich oczu. Zaczynałem się mazać, jak totalny tchórz i cienias. Jednak to było silniejsze ode mnie. – Ej, ej… Nie, nie, nie… Nie przekreślaj niczego z góry. Musisz spróbować, dobra?
- To… To nie… To nie wyjdzie – wymamrotałem, zagryzając wargę.
- Wyjdzie. Jeśli nie za pierwszym razem, to będziemy próbować do skutku. Lukey – ponownie przejechał dłonią po moich policzkach – nie zapominaj, że to twoja rodzina. Oni nadal się o ciebie martwią. Nadal cię kochają tak, jak ty kochasz ich. Pogubiłeś się, podejmowałeś złe decyzje, ale wszystko zrozumiałeś. Teraz znasz swoje błędy. Dzięki temu będzie ci łatwiej im to wszystko wytłumaczyć. To, jak się czułeś. To, jak szukałeś ucieczki. Oni to zrozumieją.
- A jak nie?
- To wrócimy tu znowu. Będziemy wracać tak długo, dopóki i oni nie przejrzą na oczy. Nie możesz myśleć pesymistycznie. Pomyśl o dobrych rzeczach. Nie skupiaj się na czarnych scenariuszach, bo wtedy wszystko sobie utrudniasz. Obiecałem ci pomoc, prawda? – Kiwnąłem głową. – Więc nie zamierzam cię z tym zostawić. – Uśmiechnął się lekko, nie odrywając oczu od moich błękitnych załzawionych tęczówek. – Nie jesteś już sam.  – Musnął lekko moje usta swoimi, przez co znów poczułem znajome ciepło, które powoli rozchodziło się po moim ciele. – A teraz weź kilka głębszych oddechów i pochyl się lekko do przodu. Nie chcę byś mi tu zemdlał lub dostał jakiegoś ataku paniki. Ruszymy dalej, jak się uspokoisz i uznasz, że masz na to dość siły, by podjąć próbę rozmowy.
               Ponownie pokiwałem głową, a potem zgodnie z jego zaleceniami, pochyliłem się. Przymknąłem oczy, starając się wyrównać oddech. Aby to zrobić musiałem również skupić się, na czymś przyjemnym. Pomyślałem o uśmiechu. O uśmiechu mojej matki, ojca i brata. Pomyślałem o swoim dzieciństwie i tych wszystkich chwilach, kiedy to Jack był jeszcze wśród nas. Przypomniałem sobie nasze żarty, które zawsze doprowadzały Liz do złości. Przypomniałem sobie, jakie to fantastyczne uczucie mieć ich blisko. To było coś, co straciłem na długo. Jak tylko to sobie uświadomiłem, ze zdwojoną silą zapragnąłem to odzyskać. W tym momencie chciwie chciałem mieć to z powrotem. Michael miał racje, nie mogłem się teraz wycofać. Nie, kiedy byłem tak blisko osiągnięcia kolejnego celu.
- Luke? – Byłem pewny, że minęło cholernie dużo czasu, odkąd między nami zapanował cisza, którą Clifford postanowił przerwać. – Jak się czujesz?
- Lepiej – odpowiedziałem, nadal nie zmieniając pozycji.
- Chcesz jeszcze tu posiedzieć?
- Pięć minut?
- Pewnie, masz pięć minut, kochanie. – Raptownie wyprostowałem się. Michael zaśmiał się pod nosem. Zamrugałem. – Zdziwiony? Skoro ty powiedziałeś tak do mnie, to ja nie mogę mówić tak do ciebie?
- Zgapiłeś to – rzuciłem, udając urażony ton. 
                Mimo wszystko uśmiechałem się. Musiałem przyznać to sam przed sobą, że było to cholernie cudowne uczucie usłyszeć coś takiego z ust osoby, do której czuje się coś więcej. Jakby i ona czuła to samo, co ty. Jakby była w tym uczuciu razem z tobą.
- Widzę, że ci lepiej – pociągnął, ujmując moje dłonie. – Powoli nabierasz kolorów.
- Wyglądałem pewnie, jak trup.
- Bardziej, jak widmo. Byłeś prawie przezroczysty. – Zerknął na mnie, a potem znów zaśmiał się. – A tak naprawdę to wyglądałeś, jakbyś miał zaraz paść na zawał. Lepiej ci?
- Tak.
- Na pewno?
- Zdecydowanie jest mi lepiej.
- Możemy iść czy chcesz nadal mieć te pięć minut?
- Możemy iść. – Chłopak kiwnął głową, wstając. Wyprostował się, nadal mając mnie na oku. – Mikey?
- Co się dzieje?
- Nic, ja… Ja tylko pomyślałem, że… Chyba powinienem zrobić to sam.
- W porządku – rzucił z nieukrywanym entuzjazmem. – To dobry pomysł i kolejny postęp. Przegryzłeś to. Pokonałeś lęk, który się w tobie zgromadził.
- Nie jesteś zły?
- Oczywiście, że nie – powiedział, klepiąc mnie po ramieniu.
- Nie chcę jednak byś znikał. Chcę byś wrócił – pociągnąłem cicho. Michael posłał mi kolejny szeroki uśmiech.
- Wrócę. Pewnie, że wrócę. – Usiadł na ławce obok mnie. – Zrobimy tak. Odprowadzę cię pod twój dom. Ty załatwisz sprawę z rodzicami. Zostawię swoją walizkę pod łóżkiem w twoim pokoju. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, spotkamy się tam w nocy. Jak nie, zabieram walizkę i idziemy do hotelu, planować kolejną operację pod kryptonimem Rodzinka Hemmings Reaktywacja, okej?
- Co będziesz w tym czasie robił?
- Śledził bieg wydarzeń – odpowiedział, opierając dłoń na moim udzie. – Pójdę na plażę, może na miasto. Jednak będę dokładnie się przyglądał, co się z tobą dzieje. Dzięki temu nie będziesz musiał mnie wzywać.
- Będziesz się przyglądał?
- W tablecie mam dobry podgląd na to, co wyprawiasz, skarbie.
- Teraz mam wrażenie, że jestem w jakimś pieprzonym reality show.
- Takie życie ze mną –  podsumował ze śmiechem, wzruszając jednocześnie ramionami.
- Jak z jakiegoś fanfiction.
- Jeśli chodzi o fanfiction, to wiesz, że królujesz w kategorii bad boy? – Zrobiłem wielkie oczy. – I w homoseksualnych historiach. I wiesz, co? Prawie zawsze jesteś na dole… Ej! No, weź – rzucił rozbawiony, kiedy dla zasady trzepnąłem go w ramię. – Nie moja wina, że często na dominującego wybierają Asha, Caluma lub Daniela! Miej pretensje do nich, a nie do mnie.
- Jesteś niemożliwy.
- I za to mnie uwielbiasz. 
                Przekręciłem oczami, ale mimo wszystko uśmiechnąłem się pod nosem. Miał rację. Uwielbiałem go, z całym tym jego pokręconym pakietem, na który składał się jego charakter i sposób bycia. Był jedyny w swoim rodzaju. Był jedyny dla mnie. I cholernie chciałem, by tak zostało.

                Podniosłem głowę, patrząc na biały budynek. Budynek, który znałem tak dobrze, jak własną kieszeń. Budynek, w którym dorastałem i w którym zawsze czułem się znakomicie. Chciałem, by to uczucie wróciło. Chciałem, by znów było normalnie. Rodzinny dom miałem w zasięgu swojej ręki. Musiałem tylko podjąć kilka kroków, by móc na nowo do niego wracać z uśmiechem. By znów być częścią rodziny, która w nim mieszkała.
                 Zanim Michael zniknął, przypomniał mi cały nasz mały plan. Kilkukrotnie powtórzył, że jestem silny i dam sobie z tym radę. Miałem wrażenie, że chłopak wierzy we mnie mocniej, niż ja sam. Ale jego postawa dodawała mi odwagi i pewności, że być może faktycznie nie będzie tak źle, jak myślałem na początku.
                  W końcu zdobyłem się na to, by ruszyć w stronę drzwi. Nie mogłem przecież stać na tym chodniku w nieskończoność. Musiałem w końcu wziąć się w garść i zdobyć to, czego chciałem. Unormować i naprawić wszystko, co schrzaniłem między mną a moimi bliskimi. I choć nadal cholernie bałem się stanąć z nimi twarzą w twarz, to jednak dobrnąłem do tego momentu, w którym byłem zdeterminowany. Nie wiedziałem, jak zareagują. Domyślałem się, że raczej nie będą zadowoleni z tej niezapowiedzianej wizyty. Postawiłem jednak wszystko na jedną kartę. Nie mogłem się wycofać, gdy byłem tak blisko celu.
                Podszedłem do drzwi. Moje dłonie ponownie zaczęły się trząść ze stresu. Wziąłem głębszy oddech i zapukałem. Zerknąłem w bok, przystępując z nogi na nogę. Próbowałem na szybko jeszcze wszystko ułożyć sobie w głowie. Nagle usłyszałem kroki. Dopiero teraz cholernie się spiąłem. Miałem wrażenie, że moje mięśnie przestają ze mną współpracować. Czułem przyspieszone bicie serca. Żołądek prawie podjechał mi do góry, kiedy drzwi otworzyły się. Spojrzałem w niebieskie oczy swojego starszego brata. Ben uniósł brwi, nie ukrywając zaskoczenia.
- No, proszę… Kogo my tu mamy. - Otworzyłem usta, by coś powiedzieć, ale głos ugrzęznął mi w gardle. – Naprawdę wyglądasz lepiej. – Westchnął ciężko, a następnie odsunął się od drzwi. – Właź, przecież nie będziesz sterczeć tak na progu.
               Wszedłem powoli do środka. Mimo iż byłem u siebie, to nie wiedziałem do końca, jak powinienem się zachować. Zawaliłem i to nie raz, ani nie dwa. Teraz jednak nie było odwrotu i musiałem w końcu stawić temu czoła. Przecież byłem tak bardzo blisko.
               Odstawiłem walizkę na bok, tuż przy drzwiach. Ben zmierzył mnie wzrokiem po raz kolejny, pewnie oceniając mój stan. Może nie prezentowałem się nad wyraz rewelacyjnie – a to przez zdenerwowanie – ale na pewno było lepiej, niż jeszcze przed współpracą z Michaelem. Przynajmniej wyglądałem, jak człowiek, a nie jak totalny jego upadek i dno w jednym. Pokiwał głową, jakby odpowiadał sobie na zadane przez siebie pytanie, a następnie wskazał brodą salon.
                Zawahałem się, kiedy dotarły do mnie głosy rodziców. Wchodząc do domu musiałem zupełnie się wyłączyć, dlatego wcześniej zupełnie ich nie usłyszałem. Serce ponownie zaczęło mi łupać w klatce piersiowej. Ben spojrzał na mnie oczekująco. Zacisnąłem zęby, kiedy ruszył w stronę pokoju.
- Zobaczcie, kto nas odwiedził – powiedział, podejmując decyzję o starcie rozmowy za mnie. I w jakiś sposób byłem mu za to wdzięczny, bo popchnął mnie do dalszego działania. Być może całkiem nieświadomie.
                Poszedłem w jego ślady. Jak tylko znalazłem się w salonie, zobaczyłem moich rodziców siedzących przy długim stole, który stał po drugiej stronie pomieszczenia. Przy tym stole, przy którym zawsze odbywały się wszelkiego rodzaju rodzinne uroczystości.
               Tata spojrzał na mnie, mając zmieszaną minę. Chyba sam do końca nie wierzył w to, że zjawiłem się pod tym dachem. Nie kontaktowaliśmy się ze sobą, odkąd wyjechałem do Los Angeles. Wiedziałem, że być może ma do mnie żal o to wszystko, co się stało. O to, jak się to potoczyło. Mama przez moment siedziała w bezruchu. Jak tylko nasze spojrzenia spotkały się, w jej oczach zalśniły łzy. Przycisnęła dłoń do ust. W tym momencie zdałem sobie sprawę, jak mocno to wszystko skopałem i zepsułem. Jej policzki zrobiły się wilgotne. Jednak nie odwróciła się, tylko nadal wpatrywała się we mnie, jakby nie do końca wierzyła w to, że stoję tuż przed nią.
- Zanim… Zanim każecie mi wyjść – zacząłem, ale mama szybko pokręciła głową. – Nie… Proszę, pozwólcie mi tylko coś powiedzieć. Potem zostawię was w spokoju, obiecuję.
- Luke, po prostu mów – rzucił Ben, klepiąc mnie po plecach. Pokiwałem głową. Zaschło mi w ustach, a dłonie znów zaczęły się trząść. Musiałem jednak pokonać ten strach. I zrobiłem to. Jak tylko zacząłem mówić, czułem się pewniej.
- Wiem, że nie uprzedziłem was o tej wizycie. Nie chciałem byście wiedzieli, że przyjeżdżam. Bałem się tego, że od razu zaprotestujecie, a ja nie będę miał możliwości… przeproszenia was i powiedzenia tego, co chcę. Bałem się, że nie uda mi się was, choć na chwilę zobaczyć.
                  Mama nabrała głośniej powietrza, wypuszczając ze swoich oczu kolejną porcję słonych łez. Dopiero po tym zdałem sobie sprawę, że i ja jestem na skraju emocjonalnej wytrzymałości. Że zaraz sam się rozpadnę. Ben odsunął się ode mnie, opierając się o parapet. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Tak samo, jak tata.
- Zawaliłem. Zawaliłem i zepsułem tak wiele rzeczy – zacząłem drżącym i wilgotnym głosem. Ze wszystkich sił starałem się trzymać. Jeśli bym się teraz złamał, nie powiedziałbym im tego, co chcę, by usłyszeli. – Stoczyłem się na własne życzenie i dopiero niedawno zrozumiałem wszystkie popełnione błędy. Potrzebowałem na to dużo czasu, by dojść do tych konkretnych wniosków. O wiele za dużo… Prawda jest taka, że od samego początku obwiniałem się za śmierć Jacka. Byłem pewny, że jest to tylko i wyłącznie moja wina. Wiem… Wiem, że w kółko powtarzaliście mi, że jest inaczej, ale ja… Ja nie potrafiłem tego normalnie przetrawić. Uciekłem od tego. Uciekłem też od was. Ubzdurałem sobie to, że nikt nie jest w stanie mi pomóc i powinienem się odsunąć. Miałem wrażenie, że tak powinno być. Praca nie pomogła, muzyka nie pomogła. W końcu doprowadziłem do tego, że naprawdę sięgnąłem dna. Byłem głuchy i ślepy na wszystko. Zacząłem się gubić jeszcze bardziej, a każda kolejna decyzja była jeszcze gorsza od poprzedniej. Straciłem kontrolę nad własnym życiem, pogrążając się w żalu i poczuciu winy. Wiedziałem, że was krzywdzę… Byłem jednak pewny, że separacja ode mnie jest lepsza, niż to, że będę obok. Bo w końcu to ja wszystko zniszczyłem. To ja doprowadziłem do tego wszystkiego.
- Luke…
- Tak było. Bo byłem zbyt głupi, by w końcu przejrzeć na oczy – rzuciłem, pociągając nosem. – Pretensje mogę mieć, tylko do siebie. Odsunąłem was, wielokrotnie krzywdziłem… Szczególnie ciebie, mamo. Osobę, która za wszelką cenę starała się być ze mną. Która dawała mi mnóstwo szans na poprawę i wierzyła w to, że w końcu się obudzę. Ale ja nie dostrzegałem niczego. I tego cholernie żałuję. – Wziąłem głębszy wdech. – Dobrnąłem do tego momentu, w którym wszystko zaczynało obracać się przeciwko mnie. Dopiero praktycznie obca osoba mną potrząsnęła i pokazała to, co naprawdę robię. Pomogła mi zrozumieć popełnione błędy. Wtedy zacząłem dążyć do poprawy. Tak cholernie chciałem wszystko zmienić. I robię to. Po kolei i małymi krokami. Zrozumiałem, że nie jestem winny temu, co się stało. Jestem za to winny temu, co było potem. I to też chcę naprawić. Chcę odzyskać to, co na własne życzenie straciłem. Odzyskać was. – Wytarłem dłońmi mokre policzki. Teraz już nie tylko płakała mama. Płakał także i ojciec, a nawet Ben, który odwrócił się do mnie plecami, bym tego nie widział. Ja jednak dostrzegłem to, jak trzęsą mu się ramiona. – Przepraszam. Przepraszam was za to wszystko. Zrozumiem, jeśli będziecie chcieli bym wyszedł. Jednak musicie wiedzieć, że tym razem nie ucieknę i się nie poddam, bo będę do skutku próbował odzyskać moją rodzinę. Nadal was kocham i nadal was potrzebuję, chociaż to może brzmieć naprawdę samolubnie.
                Zdążyłem tylko to powiedzieć, a Liz poderwała się z miejsca. Niemalże podbiegła do mnie, a potem objęła ciasno. W tym momencie poczułem się znów, jak mały chłopiec, tkwiący w ciepłych i kochających ramionach matki. Wcisnąłem twarz w jej ramię, a z moich ust wydobył się cichy szloch. Przestałem się kontrolować. W sumie nie byłem pewny, czy po tym jej czułym geście dalej dałbym radę jakoś się trzymać.
- Przepraszam. Tak bardzo przepraszam – wydusiłem, nie odrywając się od niej.
- Cieszę się, że mój mały synek wrócił. Tak bardzo się cieszę – wyszeptała, gładząc mnie po plecach. – Kocham cię, Luke.
- Ja też cię kocham, mamo.
- Poradzimy sobie ze wszystkim. Jesteśmy nadal rodziną – powiedziała, nie przestając płakać. Spojrzałem w jej wilgotne niebieskie oczy. Uśmiechnęła się lekko. – Damy sobie radę.
- Chodź tu kretynie! – Odwróciłem się w stronę Bena. Brat od razu zgarnął mnie w ramiona. Po chwili dołączył do nas także i tata. Uśmiechnął się przez łzy, a potem również uściskał mnie mocno.
                 Czułem się, jakbym przełamał ogromną barierę między nami. Ponownie wygrałem, a oni byli moją nagrodą. Czułem się cholernie szczęśliwy. Miałem wrażenie, że ściągnąłem z barków kolejny niewidzialny ciężar. Teraz byłem o wiele lżejszy i pewniejszy siebie. Teraz wiedziałem, że wszystko zacznie się układać. Mając ich wszystkich obok, nie byłem już sam. I nigdy nie pozwolę na to, bym stracił ich ponownie.

                Wszedłem powoli do pokoju, który kiedyś należał do Jacka. Rozejrzałem się dokładnie po pomieszczeniu. Niewiele się tu zmieniło. Jednak nie było tu tak, jak kiedyś, gdy jeszcze z nami mieszkał. Część jego rzeczy zniknęła razem z nim, ale druga połowa nadal tu była. Biało zielona deska surfingowa wciąż wisiała nad dużym dwuosobowym łóżkiem. Na regale znajdowała się część książek, który Jack nie zdążył ze sobą zabrać. Na szafce znajdował się równy szereg fotografii, oprawiony w czarne ramki. Przestawiały Jacka z dziewczyną, z braćmi i całą rodziną.
                Cicho podszedłem do łóżka. Usiadłem na materacu, opierając dłonie tuż przy udach. Pod palcami czułem miękki kremowy koc, w który uwielbiał się zawijać, gdy siedzieliśmy na dworze do późnych nocnych godzin. Nie było tak, że czuło się tu jego obecność. Nie po tak długim czasie. Zresztą, Jack wyprowadził się stąd, zanim doszło do wypadku. Ten pokój był pusty, tak samo, jak puste było miejsce w moim sercu po jego stracie.
                Pamiętam, że wcześniej nie byłem w stanie nawet spojrzeć w stronę drzwi, które prowadziły do jego starego królestwa. Nie mówiąc już o wejściu do środka. Obawiałem się tego, że jak tylko znajdę się w pokoju, to tym bardziej rozlecę się na małe kawałki. Nie miałem w sobie na tyle odwagi, by minąć ten przeklęty próg. Teraz jednak siedziałem na jego starym łóżku, będąc zdecydowanie w lepszym stanie psychicznym, niż wtedy. Miałem więcej siły. Choć śmierć brata nadal bolała, to jednak pogodziłem się z tym, co się stało. Ruszyłem dalej, by nie tkwić w miejscu. I wiedziałem, że Jack właśnie tego by chciał. Bym nie patrzył na to, co było. Bym dalej żył. Żył i o nim nigdy nie zapomniał.

                 Mogłem śmiało powiedzieć, że ten dzień należał do udanych. Spędziłem go z rodziną, nadrabiając odrobinę ten czas, który z własnej głupoty przekreśliłem. Znów czułem się częścią ich. Rozmów nie było końca. Ja i Ben weszliśmy ponownie na tory relacji typowo braterskiej, dokuczając sobie, na co mama tym razem reagowała śmiechem i udawaną złością. Ganiła też tatę, który specjalnie nas podjudzał, co niesamowicie nas bawiło. Znów byliśmy scaleni i silniejsi, niż wcześniej.
                 Zgasiłem lampkę. Padłem na moje stare łóżko, zakrywając się od razu kołdrą. Wokół mnie panowała cisza. Zamknąłem oczy, przekręcając się na bok. Wziąłem głęboki oddech, a potem rozchyliłem powieki, kiedy do mojego nosa doszedł znany zapach. Szeroki uśmiech wpełznął na moją twarz, kiedy zobaczyłem przed sobą Michaela. W pokoju nie było zupełnie ciemno. Okno było odsłonięte, dzięki czemu do środka wpadało odrobinę świata, które wydobywało się z ulicznych latarni. Chłopak również odpowiedział uśmiechem. Przysunąłem się do niego bliżej, opierając głowę na jego klatce piersiowej.
- Nie było tak źle, prawda?
- Miałeś rację.
- Jak zwykle – pociągnął ze śmiechem. Spojrzałem na niego po raz kolejny. – Nie martw się, nie słyszą nas.
- Domyślałem się – odparłem, podciągając się wyżej, by znaleźć się tuż przed nim. Przejechałem dłonią po jego policzku. – Dziękuję.
- Za co?
- Za wszystko, co robisz. To ty pomogłeś mi się podnieść i zrozumieć tak wiele rzeczy. – Michael cmoknął mnie w nos. – Naprawiasz mnie.
- Po to tu jestem.
- Zostaniesz ze mną?
- Zostanę.
- A jutro… Jutro chciałbym, byś był tu naprawdę.
- W jakim sensie?
- Chcę, by moi rodzice cię poznali. Mogę się założyć, że moja mama od razu zacznie cię uwielbiać. – Michael zaśmiał się. – Chcę, by poznali osobę, przez którą staje się lepszy. Chociaż nie będą znać całej prawdy.
- Tak, nie mogą jej poznać.
- Wiem, Mikey…
- Zagram przykładnego przyjaciela.
- Zrobisz to dla mnie?
- Oczywiście, że tak. Chętnie poznam twoją rodzinę. – Po raz kolejny musnął ustami czubek mojego nosa. – A teraz idź spać. Nie dość, że zarwałeś noc, to jeszcze miałeś pełno atrakcji. Przyda ci się odpoczynek.
- Jeszcze tylko jedno.
- Co takiego?
- To – odparłem z uśmiechem, a potem przysunąłem się do niego jeszcze bardziej.
                Złączyłem nasze usta, niemalże od razu czując przyjemny dreszcz. Michael objął mnie, przesuwając palcami po moich odsłoniętych plecach. Uwielbiałem smak jego ust. Uwielbiałem go całego. Nie zmieniałem tempa, tylko odrobinę pogłębiłem pocałunek, ciesząc się tą bliskością, jaką mieliśmy. I nie chciałem tego nigdy stracić.
- A teraz spać – powiedział ze śmiechem, przejeżdżając nosem po moim nosie. Uśmiechnąłem się po raz kolejny, przywierając do jego ciała. – Dobranoc, Lukey.
- Dobranoc, Mikey. 


***
Jak widać rodzina Hemmings połączyła się na nowo, a Luke zdobył kolejny cel :) Dodatkowo szykuje się poznanie Michaela :) Myślicie, że prognozy Hemmo się sprawdzą i Liz zacznie uwielbiać Clifforda czy może jednak nie będzie zbytnio zadowolona z takiej znajomości? 

Jak widać obsuwa czasowa nadal u mnie trwa. Nie wiem kiedy będzie kolejny rozdział, bo jedna historia goni drugą :\ Na Asku i Twitterze dowiecie się, co aktualnie się pojawia, dlatego zapraszam na @RoxyDonau - w obu przypadkach :D

W ogóle ta historia jakoś szybko mi leci. Mam wrażenie, jakbym dopiero, co zaczynała to wyzwaniowe ff, a tu już mamy dwudziesty pierwszy rozdział :D

Życzę miłych wakacji, tym co będą mieli teraz dwumiesięczną labę od nauki!

Pozdrawiam!

4 komentarze:

  1. Hej rozdział wyszedł ci świetny. Cieszę się, że Luke pogodził się w końcu z rodziną. Jak czytałam co mówił to sama prawie płakałam. Tak mnie to wzruszyło, że masakra. Prawie nigdy nie płakałam na fanfiction, ale dzisiaj to koniec. Rozdział jak i blog jest świetny. Czekam do następnego jak Michael spotka rodzinę Luke'a, bo to będzie ciekawe. Nie mogę się doczekać ich reakcji. Wiem, że się nie zawiodę. Ten blog jest jednym z moich ulubionych dlatego prawie co dzień sprawdzam czy są nowe rozdziały. To do następnego. Pozdrawiam i życzę weny. Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział Ci się spodobał i że w jakimś stopniu Cię wzruszył :) Super, że udało mi się wzbudzić emocje, a o nie nie łatwo :)
      Tak, szykuje się rodzinne spotkanie :) Zobaczymy, jak to wyjdzie "w praniu" :D
      Dziękuję za tak pozytywny i mega przyjemny komentarz
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Popłakałam się razem z Lukiem o jego rodziną. To był tak cholernie smutne a zarazem cudne, jak Liz go przytuliła. Uwielbiam to ff. Nie mogę sie doczekać kiedy poznają oficjalnie Michaela:)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział wzbudził emocje i że cała historia Ci się podoba :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam!

      Usuń