wtorek, 12 lipca 2016

#22 Mam się, z czego cieszyć

              Otworzyłem powoli oczy, czując na twarzy ciepłe promienie słońca. Żałowałem tego, że go przed zaśnięciem nie zasłoniłem, bo teraz w pokoju zrobiła się prawdziwa sauna. Mruknąłem pod nosem, próbując na leżąco wygrzebać się szybko spod pierzyny. Było mi cholernie gorąco. Mogłem sam sobie podziękować.
               Kiedy w końcu udało mi się skopać kołdrę na drugi koniec łóżka, uśmiechnąłem się, przypominając sobie wczorajszy dzień. Mój duży prywatny sukces. Sukces, który sprawiał, że czułem się, jak nowo narodzony. Jakbym był nowym człowiekiem. Choć może słowo nowym nie było tu nazbyt dobre. Raczej czułem się, jak stary, dawny Luke, który ma swoją rodzinę u boku, a od wielkich problemów trzyma się z daleka. Czułem się prawie tak dobrze, jak przed wypadkiem.
               Podskoczyłem na materacu, gdy poczułem na swoim udzie znaną dłoń. Ciepłe palce przejechały wzdłuż mojej nogi, wywołując przez to gęsią skórkę, która pojawiła się w miejscu, które dotykał. Zerknąłem w bok. Michael uśmiechnął się szeroko, niemalże wciskając się w materac. Rozwalił się na drugiej połowie łóżka, leżąc na brzuchu. Opierał brodę o puszkę, a zielone oczy nawet na moment nie oderwały się od moich. Uśmiechnąłem się, a następnie przeturlałem na jego stronę. Niewiele myśląc wdrapałem się na jego plecy, na co jęknął pod nosem, udając niezadowolenie. Szybko cmoknąłem jego kark, a potem wtuliłem się w niego. Przejechałem dłonią przez jego zielone włosy. Usłyszałem jego cichy śmiech.
- Ja też się cieszę, że cię widzę, Lukey – powiedział Michael, próbując na mnie spojrzeć. – Skąd w tobie taki entuzjazm z rana?
- Mam się, z czego cieszyć – odpowiedziałem, obejmując jego szyję ramionami.
- Jesteś teraz, niczym miś przytulas. Nie poznaję cię.
- Jak koala.
- Raczej, jak długi wąż boa, który chce mnie udusić.
- Ja? Nigdy w życiu!
- I tak by ci się to nie udało – skwitował zadowolony z siebie.
- Wiem…- pociągnąłem, przejeżdżając palcem po jego policzku. – Dlatego nawet nie próbuję.
- Jesteś wredny, Hemmings – warknął pod nosem, a potem jednym szybkim ruchem, zepchnął mnie z siebie. Padłem na plecy, robiąc wielkie oczy. Nie tego się spodziewałem.
- Więc teraz jedziemy po nazwiskach, Clifford?
- I znów wrócił ten upierdliwy Hemmings.
- Masz, co do mnie zastrzeżenia, Clifford? – rzuciłem, pukając go w ramię. 
              Michael skrzywił się, a potem spojrzał na mnie z oburzeniem, kiedy bez ogródek pokazałem mu środkowy palec. Trzepnął mnie poduszką, kiedy przybliżyłem do niego wyciągniętego palca, niemalże wciskając mu go w nos.
- Jesteś takim dupkiem…
- Jestem słodki, uroczy i…
- I do tego tak zakochany w sobie.
- Wal się.
- Ty się wal…
- Boże, nie zaczynaj znowu…
- Nie wymawiaj imienia Szefa nadaremno…
- Cmoknij mnie w…
- Jak tam chcesz – przerwał mi szybko, z szerokim uśmiechem.
                 Nim zdążyłem się zorientować, znalazł się tuż nade mną. Musnął swoimi wargami moje, na co znieruchomiałem. Mimo tego, że był to delikatny i niewinny pocałunek, to jednak zacząłem się przez niego rozpływać, jak jedna z tych zakochanych panien, które występują w tych wszystkich romansidłach. Po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że na moich ustach wymalował się błogi uśmiech, którego na czas nie ukryłem. Michael spojrzał w moje błękitne tęczówki, będąc całkowicie zadowolony z tego, w jaki stan mnie wprowadził.
- Nic więcej teraz nie dostaniesz, bo nie umyłeś zębów – odparł, pukając mnie palcem w dolną wargę.
- Przeszkadza ci to?
- Higiena przede wszystkim.
- Wcześniej jakoś…
- Idź myj kły, to może się jeszcze z tobą pomiziam.
- To jakaś konkretna propozycja?
                Nagle drzwi od pokoju otworzyły się. Raptownie usiadłem, patrząc z przerażeniem na Bena. Mój starszy brat rozejrzał się po pomieszczeniu, unosząc przy tym brwi. Jego wzrok zatrzymał się na telefonie, który leżał na szafce tuż przy łóżku. Zerknąłem kontrolnie w bok. Michael zniknął. Miałem nadzieję, że Ben tego nie widział.
- A ty młody gadasz sam ze sobą? – zapytał, wchodząc w głąb pokoju.
                  Z tego nagłego stresu, aż zaschło mi w ustach. Zupełnie nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć. Jeszcze tego brakowało, by Ben też pomyślał, że mam coś z głową. Drgnąłem, czując dziwny chłód przy palcach. Spojrzałem w tamtą stronę. Tuż obok leżał biały tablet Michaela. Domyśliłem się, że zielonowłosy chce wyciągnąć mnie z tej kłopotliwej sytuacji.
- Ja… Rozmawiałem z Calumem – powiedziałem, ponownie wlepiając oczy w starszego brata. Ben uniósł tym razem jedną brew do góry, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. No, co on?! Po co te przesłuchanie? Chyba on naprawdę chce mieć pewność, że padło mi na głowę!
- Komunikujecie się przez tajną niewidzialną linię?
- Przez komunikator w tabletach – odparłem pewniejszym głosem, podnosząc do góry urządzenie. Ben parsknął śmiechem. – Co?
- Byłem pewny, że masz wymyślonego kumpla i że może nadal coś łykasz.
- Dzięki, to cholernie pocieszające, matole – mruknąłem, niezadowolony. Ben wzruszył ramionami. – Mogę wiedzieć, czemu mi przeszkadzasz?
- Miałem ci dać znać, że niedługo śniadanie, więc rusz tyłek.
- Jasne, zaraz będę.
- Pozdrów Cala.
                  Kiwnąłem mu tylko w odpowiedzi głową. Ben wyszczerzył się do mnie, a następnie wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi. Wypuściłem ze świstem powietrze z ust. Odłożyłem tablet na bok. Wzdrygnąłem się, kiedy znienacka obok mnie pojawił się Michael. Trzepnąłem go otwartą dłonią w ramię.
- Ała, kurwa, za co? – wyszeptał, świdrując mnie wzrokiem.
- Nie mogłeś zrobić tego czary mary z wyciszeniem pokoju, zanim nie zacząłeś do mnie mówić? – odpowiedziałem cicho.
- Nie pomyślałem o tym i… Ała, kurwa, no – pociągnął szeptem, kiedy uderzyłem go po raz kolejny.
- Nie udawaj, że cię to boli.
- Boli mnie od tego dusza. Cierpię wewnętrznie, kotku.
- Jesteś idiotą.
- Tak samo, jak ty.
- Nawet nie zaprzeczę – odpowiedziałem, wstając z miejsca.
- Gdzie idziesz?
- Pod prysznic.
- Mogę z tobą?
- Nie tym razem.
- Ale…
- Zaraz mama poda swoje boskie śniadanie i no… Jestem głodny.
- Żarcie jest ważniejsze ode mnie?
- Od ciebie nie – zaprzeczyłem, kręcąc przy tym głową. – Ale zabawa pod prysznicem spada na niższy szczebel w przypadku posiłków mamy. Może zrobi omlety z czekoladą albo zapiekane kanapki – pociągnąłem rozmarzonym głosem. – Mam wrażenie, że nie jadłem tego od wieków.
- To urocze.
- Wal się.
- Jak ty potrafisz wszystko spieprzyć – skwitował naburmuszony. Zaśmiałem się cicho, a następnie ruszyłem do łazienki.

                  Po śniadaniu sam się zaoferowałem, że pomogę mamie posprzątać. Spojrzała na mnie zaskoczona, bo raczej należałem do tych dużych dzieci, które pierwsze co robiły, to uciekały z kuchni byleby się nie zaangażować w sprzątanie. Teraz jednak było inaczej. Miałem ochotę to zrobić. Chciałem to zrobić. Dzięki temu mogłem spędzić jeszcze więcej czasu z własną rodzicielką.
                  Oprócz tego chciałem poruszyć temat Michaela, a to była idealna ku temu okazja. Naprawdę liczyłem na to, że moi rodzice go polubią, pomimo tego, jaki był. A był często nieobliczalny, szalony i nie zachowywał się do końca, jak na normalnego człowieka przystało. Jednak zawdzięczałem mu wiele. I to dla tego tak bardzo chciałem, by te dwie strony się poznały. Michael stawał się dla mnie kolejną ważną osobą.
- Mamo – zacząłem, kiedy wytarłem do sucha ostatni umyty talerz. Blondynka spojrzała na mnie z uśmiechem, odbierając ode mnie naczynie i wkładając je do szafki. – Miałabyś coś przeciwko temu, by zjawił się tu mój przyjaciel?
- Chłopaki przyjechali z tobą? - zapytała, nie przestając się uśmiechać. Cholernie brakowało mi tego widoku. Kochałem uśmiech mamy.
- Nie chodzi o nich. Calum, Ash i Daniel zostali w Los Angeles. Ktoś inny przyleciał ze mną.
- Czy chodzi o tego chłopaka z kolorowymi włosami? - Nawet nie próbowałem ukryć tego, że mnie tym zaskoczyła. Wytrzeszczyłem oczy. Mama zaśmiała się na widok mojej zdziwionej miny. – Daj spokój, Luke – pociągnęła, podchodząc do mnie. Poklepała mnie po ramieniu. – Mimo tego wszystkiego, co działo się między tobą a nami, ja nadal chciałam wiedzieć, co się z tobą dzieje. Dokładnie śledziłam każdą informację, jaka się pojawiała. Widziałam wasze zdjęcia.
                   Przygryzłem lekko wargę. Przez moment nie wiedziałem, co mam jej odpowiedzieć. A jak zacznie się wypytywać o moją orientację? Czy byłem gotowy na to, by zdradzić ten sekret także i jej? A może powinienem na razie zachować go dla siebie? A może otwarcie powinienem się do wszystkiego przyznać? W końcu to moja rodzina. Jedni z najbliższych mi osób, jakie mam.
- Jakie zdjęcia? – wydusiłem ostrożnie.
- Z waszych spotkań w Los Angeles i… Widziałam też zdjęcia, które ktoś wam zrobił z ukrycia na lotnisku.
- Mikey to mój przyjaciel i…
- Rozumiem, Luke – powiedziała z uśmiechem, jakby i tak zdążyła domyślić się prawdy. Poczułem, jak zrobiło mi się gorąco. Moje policzki zapłonęły. Mogłem się założyć, że jestem teraz czerwony, jak burak. – Przyjaciele też się przytulają – dodała, nie odrywając ode mnie wzroku. – Jednak pamiętaj, że nikt z nas nie będzie przeciwko tobie, jeśli skierujesz uczucia do osoby tej samej płci. Miłość nie wybiera. Jest tak samo piękna i cudowna w przypadku par heteroseksualnych, jak i homoseksualnych.
                   Moja mama zaskoczyła mnie ponownie. Zupełnie nie spodziewałem się takiej mowy w jej wykonaniu. Jednak z drugiej strony, nadal nie potrafiłem do końca się przemóc, by się przyznać do tego, że jednak kręcą mnie także mężczyźni. Mimo tego, że ona już to widziała. Mimo tego, że mnie rozgryzła. Przemilczałem to, uśmiechając się lekko. Odpowiedziała tym samym, a ja byłem pewny, że takim sposobem, nie tylko oznajmiłem jej prawdę, nie mówiąc tego na głos, ale ona także w pełni to zaakceptowała. I poczułem ulgę. Dzięki temu wiedziałem, że moje werbalne przyznanie się do tego będzie dużo łatwiejsze, niż gdyby ona w ogóle nie poruszyła tego tematu.
- Zaproś go do nas, Luke – powiedziała, klepiąc mnie po ramieniu. – Gdzie się zatrzymał?
- W hotelu – palnąłem, bo tak naprawdę nie miałem bladego pojęcia, gdzie mógł się podziewać Clifford. Jego walizka tkwiła u mnie pod łóżkiem, ale to, jak spędza czas, gdy nie ma go obok, nadal był dla mnie tajemnicą.
- Niech przeniesie się do nas. Skoro to twój przyjaciel, to po co ma się tłuc po hotelach. Pomieścimy się tu wszyscy. Będzie nam miło móc go ugościć.
- Dzięki, mamo – powiedziałem z uśmiechem. – Zadzwonię do niego.
                   Liz po raz kolejny kiwnęła mi głową, a następnie odwróciła się. Przez moment obserwowałem to, jak doprowadza kuchenny blat do nieskazitelnej czystości. Wziąłem głębszy oddech, ciesząc się z rozwoju sytuacji. Na razie wszystko szło po mojej myśli i miałem nadzieję, że tak zostanie do końca.
                   Ruszyłem w stronę korytarza, aby przejść do salonu. Wyciągnąłem z kieszeni telefon, udając, że kontaktuję się z Michaelem. Naprawdę przekazałem mu całą wiadomość w sposób myślowy, a raczej modlitewny, jakby to określił skrzydlaty.
                  Zdążyłem dojść do połowy holu, kiedy rozległ się dzwonek. Odwróciłem się na pięcie, zmieniając kierunek. Złapałem za chłodną klamkę i bez namysłu otworzyłem drzwi. Wytrzeszczyłem oczy, widząc na progu Michaela. Chłopak wyszczerzył się do mnie szeroko. Okej… Zupełnie nie spodziewałem się, aż tak szybkiej wizyty.
- Co ty…
- Zaprosiłeś mnie do siebie. Mam nawet walizkę – powiedział zadowolony, wskazując na swój bagaż. – Cieszę się, że poznam twoją rodzinę.
- Mikey, ludzie nie transportują się w takim szybkim tempie z punktu a do punktu b – wymamrotałem, nie wierząc, że odwalił coś takiego. – Przecież mówiłem, że masz być…
- Nie słuchałem do końca. Nie mogę się doczekać, by poznać słynną Liz – rzucił tonem, jakby zupełnie nic się nie stało.
- Kto to?!
                  Przekręciłem oczami, słysząc głos Bena. Zaraz po tym rozległy się kroki i mój starszy brat zatrzymał się tuż obok. Spojrzał na Michaela, mierząc go od góry do dołu. Zerknął na mnie, jakby oczekiwał odpowiedzi, skąd się wziął ten kolorowy gość.
- Ty jesteś tym tajemniczym kumplem młodego – powiedział, wyciągając w jego stronę dłoń. – Jestem Ben.
- Michael.
- Mama zgodziła się, by się u nas zatrzymał - wtrąciłem, starając się, jakoś rozegrać tę sytuację.
- Więc czemu trzymasz go na progu? Wpuść go do środka – rzucił, a następnie złapał mnie za ramię, odciągając od drzwi.
                   Clifford wszedł do domu. Rozejrzał się, jakby był tu pierwszy raz. Byłem pewny, że doskonale wiedział, jak wygląda wnętrze tego budynku. Musiałem wymyślić, jakiś dobry argument, który będzie wiarygodną odpowiedzią na to, jak zielonowłosy znalazł się tu w tak rekordowym czasie. Najgorsze było to, że nic sensownego nie przychodził mi do głowy.
- O! Nie wiedziałam, że będziemy mieli tak szybko gościa.
                   Prawie jęknąłem w duchu, kiedy z kuchni wyłoniła się mama. Na dodatek z salonu wyszedł tata, z pewnością będąc ciekawy, kto taki nas odwiedził. Sytuacja zrobiła się dosyć dziwna. W końcu, dopiero co poruszyłem ten temat z mamą, a już mieliśmy Clifforda na progu. Idealnie…
- Mamo, tato, to Michael mój przyjaciel – przedstawiłem go, nadal nie wiedząc, co powiedzieć dalej.
- Miło mi państwa poznać – odpowiedział Clifford.
- Przyjaciele Luke'a zawsze są mile u nas widziani – zaświergotała mama. Zerknęła na mnie. Zagryzłem wargę.
- Nie chciałem się za szybko narzucać, ale byłem w pobliżu, kiedy dostałem wiadomość od Luke'a – odpowiedział Michael. – Dlatego jestem tak szybko. Dziękuję za to, że mogę się u państwa zatrzymać.
- Nie ma sprawy – odparł z grzecznością tata, chociaż on w ogóle nie wiedział, że będziemy mieli dodatkową osobę pod dachem.
- Nie sprawię kłopotów.
- Przestań, Michael – powiedziała mama, machając na niego ręką. Zaśmiała się, po raz kolejny spoglądając w moją stronę. – Luke, zaprowadzisz go do pokoju Jacka?
- Mikey może spać u mnie – rzuciłem, zanim zdążyłem się powstrzymać. Liz uśmiechnęła się do mnie, porozumiewawczo. Czyżbym zdradził się po raz kolejny? Tata i Ben nie mieli o niczym pojęcia, więc dla nich ta sytuacja była zwyczajna i mało istotna.
- Mogę spać u Luke'a – odezwał się Clifford.
- W takim razie zaprowadź go do swojego pokoju – powiedziała mama. Teraz dla odmiany spojrzała na Michaela. – Czuj się, jak u siebie w domu.
- Dziękuję.

                   Liz z początku chciała przyszykować sama obiad. Jednak postanowiłem odrobinę zmienić te plany. Wyciągnąłem całą rodzinę i Michaela na miasto. Głównym naszym celem była niewielka restauracja mieszcząca się tuż przy plaży. Potem odbyliśmy wspólnie długi spacer, który mijał w bardzo przyjemnej atmosferze.
                    Miałem rację zakładając, że Michael szybko wkupi się w łaski moich rodziców. Widać było, że moja rodzina niemalże od razu go zaakceptowała i polubiła. Szczególnie moja mama, która ciągle z nim, o czymś rozmawiała, jakby oboje mieli tak wiele tematów do przedyskutowania. Ciekawe, co by było, gdyby dowiedziała się, kim tak naprawdę jest Clifford? Myślę, że wtedy jej sympatia była by jeszcze większa. Albo uznałaby, że ja i ona zwariowaliśmy już zupełnie.
                   Późny wieczór spędziliśmy w naszym ogrodzie. Liz przyszykowała dla nas wszystkich po dużym kubku ciepłego kakao, które wypiliśmy, rozmawiając i dowcipkując ze sobą. Im bliżej było północy, tym nasza gromada zmniejszała się. Najpierw do spania poszedł szykować się tata, a za nim ruszyła mama. W końcu odpadł również i Ben, bo już przysypiał na siedząco przy stole. Doszło do tego, że ja i Mikey zostaliśmy znowu sami.
                    Między nami panowała cisza. Opatuliłem się bardziej kocem. Dopiłem ostatni łyk zimnego już kakao. Odstawiłem kubek, a następnie zerknąłem na zielonowłosego chłopaka. Clifford momentalnie odwrócił się. Nasze spojrzenia spotkały się ze sobą. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. On również.
- Jesteś szczęśliwy, Lukey? – zapytał, odrobinę mnie tym zaskakując. Nie sądziłem, że zada mi właśnie takie pytanie. Otworzyłem usta, wahając się nad odpowiedzią. W końcu jednak przemyślałem dokładnie to, co chcę mu powiedzieć.
- Teraz tak… Nie wiem, jak będzie dalej. Nie wiem, co będzie po powrocie do Los Angeles i po tym, jak całkowicie wrócę do pracy. Ale teraz… Jestem szczęśliwy.
- Nie pozwól zniszczyć tego, co masz.
- Nieraz nie mamy na to wpływu.
- To prawda – odpowiedział, wsuwając swoją dłoń pod mój koc. Dzięki temu mogłem spleść swoje palce z jego palcami. – Ale bardziej pozytywne nastawienie do życia, wiele ułatwia. Sprawia, że żyje się nieco prościej. Nawet w obliczu dużych problemów, warto znaleźć, choć małą nadzieję na lepsze. A potem iść drogą ku szczęściu. Dotarcie do celu nie jest łatwe i ty dobrze o tym wiesz.
- Ale jest możliwe.
- Jest możliwe – powtórzył z uśmiechem, który tak bardzo uwielbiałem. – Trzeba się nieraz trochę napracować i dopomóc szczęściu. I warto próbować.
- Zdecydowanie warto.
                  Poczułem, jak jego palce zaciskając się odrobinę mocniej na moich. Uśmiechnąłem się pod nosem, podnosząc głowę do góry. Spojrzałem na ciemne niebo, usłane gwiazdami. Jedne były jaśniejsze, inne ciemniejsze. Jedne większe, drugie, zaś mniejsze. Były różne. Tak różne, jak my. Ale razem tworzyły całość. Razem tworzyły coś pięknego. Tak samo, jak potrafili to zrobić ludzie.
                  Nie odrywałem wzroku od czarnego sklepienia, pomimo tego, że czułem na sobie wzrok Michaela. W końcu nie wytrzymałem i zerknąłem w jego kierunku. Przyglądał mi się z uśmiechem, a w jego oczach odbijało się niebo i gwiazdy, które przed chwilą tak bardzo podziwiałem. Dzięki temu zrozumiałem, że Michael nie tylko pomaga mi wrócić do dawnego życiowego ładu, ale uczy też patrzeć na nowo. Tak, jak kiedyś to powiedział. Bym spojrzał i dostrzegł otaczający mnie świat na nowo. Bym czasem zobaczył to wszystko w nowym świetle. W innej perspektywie. A to naprawdę mi się podobało.
- O czym myślisz? – zapytał cicho.
- Czy Niebo znajduje się nad nami? – odparłem pierwsze, co przyszło mi na myśl. Nie chciałem mu zdradzać swoich myśli. Chciałem je zachować dla siebie, choć kompletnie nie wiedziałem dlaczego.
- Nie do końca. Wy często myślicie, że Niebo jest w niebie, a Piekło pod ziemią. Tak naprawdę są to miejsca spoza Ziemi. Niewidoczne dla żyjących. Są gdzieś obok. Istnieją gdzieś poza tym wszystkim, co jesteście w stanie dostrzec. Chyba ci kiedyś o tym opowiadałem.
- Opowiadałeś o Niebie – powiedziałem z uśmiechem. – Niebo wydaje się być spoko miejscem.
- Jest spoko miejscem – odparł ze śmiechem. – Polecam. Jak najbardziej je polecam.

                   Minimalnie odsunąłem się od niego, by móc zaczerpnąć odrobinę tlenu. Odkąd trafiliśmy do łóżka, obdarowywaliśmy się ciągłymi pocałunkami i drobnymi pieszczotami, nie przekraczając jednak granicy, którą każdy z nas, gdzieś postawił sobie w głowie. Chyba oboje nie chcieliśmy działać w inny sposób pod dachem moich rodziców.
                  Michael przejechał dłonią po moim policzku, wywołując kolejny przyjemny dreszcz, który przebiegł po moim kręgosłupie. Uśmiechnąłem się. Zauważyłem, że dzisiaj robiłem to naprawdę bardzo często. Chłopak cmoknął mnie w nos, a potem zjechał wargami odrobinę w dół, by ponownie złączyć nasze usta. Odpowiedziałem od razu, czując przyjemne łaskotanie w dole brzucha. Mój organizm naprawdę zachowywał się, jak w tych wszystkich romantycznych książkach, w których to główna bohaterka doświadcza tych sławnych i znanych motylków. Chociaż dla mnie było to raczej uczucie całej gromady tych stworzeń, które zdziczałe próbują wydostać się na zewnątrz.
- Uwielbiam to robić – wyszeptał, a jego oddech owiał moją twarz. – Mógłbym cię całować przez całą wieczność.
- Nie będę tyle żył – odparłem ze śmiechem.
- Wcale mnie teraz nie zdołowałeś.
- Daj spokój, Mikey, oboje wiemy, że…
- Możesz nie poruszać tego tematu? Psujesz klimat.
- Chcesz się całować dalej?
- Zdecydowanie chcę się całować dalej – powiedział, a ja nie czekając, ani chwili dłużej, złączyłem znowu nasze usta.
                   Przygryzłem jego dolną wargę, a potem puściłem ją, kiedy Clifford zachichotał. Wsunął mi dłoń we włosy, lekko zaciskając na nich palce. Oparłem dłoń o jego biodro, gładząc jego ciepłą skórę. Ponownie spojrzałem w jego oczy, które teraz były dużo ciemniejsze, niż za dnia.
                   Wtedy też nie wiedziałem, co mnie podkusiło, by powiedzieć to na głos. Nie wiem, jak te słowa wydostały się z mojego gardła. Nie wiedziałem, dlaczego ich nie zatrzymałem. Może wcale tego nie chciałem? Może dążyłem do tego, by on to wiedział? By miał pewność, że nie traktuję tego, jak jakiegoś eksperymentu czy tymczasowej zabawy? Wtedy jednak nie zastanawiałem się nad tym zbyt długo.
- Zakochuję się w tobie coraz bardziej – wyszeptałem, dokładnie obserwując jego reakcję. – Mam wrażenie, że z każdym dniem zakochuję się w tobie mocniej.
                    Michael najpierw znieruchomiał. Powoli zamrugał, jakby na nowo przyswajał moje słowa. Zacisnąłem lekko usta, bojąc się tego, że coś spieprzyłem. Może wcale nie powinienem był tego mówić? Może trzeba było zachować to dla siebie? Może nie tego oczekiwał? Może to było za szybkie wyznanie? Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się kolejny szeroki uśmiech. Nie czekając na żadną odpowiedź z jego strony, wpiłem się zachłannie w jego usta, by kontynuować to, co przerwałem.
- Mam to samo, Lukey… Mam to samo – odparł, wprost w moje wargi. I po tym moje obawy i pytania zniknęły. Zupełnie zniknęły. 


***
I w końcu Michael poznał słynną Liz :D Jak widać Luke "wpada w uczucie" coraz bardziej. Może ta dwójka się ze sobą w końcu zejdzie? A może nie będzie to możliwe z uwagi na "pochodzenie" Clifforda? Zobaczymy, jak to się wszystko potoczy :)
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje, kiedy i co zostaje opublikowane :)

Obsuwa nadal trwa, więc napiszę tylko - do następnego :)
Pozdrawiam!

4 komentarze:

  1. Jak najbardziej przypadł do gustu! :D To takie urocze. Uwielbiam te dwójkę i to jak się wobec siebie zachowują. Jesteś niesamowitą pisarką. Czekam na kolejny i pozdrawiam. ~Luna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, cieszę się bardzo :)
      Dziękuję za tak miły komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Jest tak miło, że znając życie zaraz wprowadzisz coś innego... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh... No wiesz... Nie może być pięknie przez cały czas :D

      Usuń