wtorek, 26 lipca 2016

#23 Co zrobiłem nie tak?

             Rozchyliłem powoli powieki, wypuszczając cicho powietrze z ust. Zamrugałem. Odwróciłem głowę, by spojrzeć na Michaela. W pierwszej chwili byłem pewny, że chłopak znów zniknął. Jednak zielonowłosy nadal tu był. Siedział na łóżku, zwrócony plecami do mnie. Jego sylwetka była zgarbiona. Opierał się łokciami o kolana. Zauważyłem na jego skórze, tuż między łopatkami, ciemne znamię w kształcie skrzydeł. Choć dla mnie bardziej to przypominało, nieco jaśniejszy tatuaż.
              Przez chwilę wpatrywałem się w niego w milczeniu. Michael przejechał dłonią po twarzy, a potem ciężko westchnął. Wyglądał, jakby nad czymś intensywnie myślał. Może miał, jakiś problem? Może coś go gryzło? Może ktoś dowiedział się o nas, a on wpadł w poważne tarapaty? Jeśli na jakieś pytanie odpowiedź byłaby twierdząca, dlaczego nic mi o tym nie powiedział?
                Usiadłem na materacu. Odgarnąłem kołdrę. Cicho przysunąłem się do niego. Przez moment się zawahałem. Może powinienem dać mu odrobinę przestrzeni, tak by mógł na spokojnie wszystko sobie ułożyć i przemyśleć? W końcu jednak uznałem, że to nie ma sensu. Chciałem wiedzieć, co się dzieje. Chciałem mieć pewność, że wszystko z nim w porządku.
                Drgnął, kiedy złożyłem na jego ramieniu delikatny pocałunek. Odwrócił głowę, spoglądając na mnie. Zrobiłem to po raz kolejny, nie odrywając swoich oczu od jego zielonych tęczówek, które tak uwielbiałem. Uśmiechnął się lekko. Objąłem go, przywierając do jego ciepłego ciała. Dotknął mojej dłoni.
- Co się stało?
- Nic.
- Wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko – powiedziałem ściszając głos. Zerknąłem na niego, w tym samym momencie, kiedy on spojrzał na mnie. – Mikey?
- Nic się nie stało – odpowiedział, klepiąc mnie po wierzchu dłoni. Uśmiechnął się po raz kolejny.
                Tyle, że ja nie do końca kupowałem tą jego odpowiedź. Gdzieś w środku czułem, że coś jest na rzeczy. Nie rozumiałem tylko, dlaczego Michael nie chce mi o tym powiedzieć. Dlaczego woli to zatrzymać dla siebie. Czy zrobiłem coś nie tak? Czy powiedziałem coś, czego nie powinienem był mówić?
- Mikey…
- Nic się nie dzieje – zapewnił mnie po raz kolejny.
- Powiedziałbyś mi, gdybyś miał, jakiś problem? - zapytałem cicho z nadzieją w głosie. Naprawdę chciałem, by mi ufał. By mi zaufał na tyle, aby dzielić się ze mną nawet tymi złymi wiadomościami.
- Oczywiście, że tak.
- Na pewno?
- Skarbie – zaczął, a ja poczułem, jak zrobiło mi się ciepło od tego określenia, jakie użył wobec mnie – powiedziałbym ci, gdyby coś się stało.
- Okej, okej…
- Ale nic się nie dzieje – odparł, dotykając mojego policzka. Jego palce lekko musnęły moją skórę. Nachylił się, składając na moich wargach szybki i krótki pocałunek. – Nic się nie dzieje – powtórzył niemalże szeptem. Pokiwałem głową, chcąc wierzyć w jego zapewnienia. Chciałem wierzyć w jego słowa. Ale nie potrafiłem do końca tego zrobić.

                Nie było tak, że wyrzuciłem dziwne zachowanie Michaela z myśli. Przez cały czas bacznie go obserwowałem, szukając jakiejkolwiek oznaki, że może faktycznie coś go gryzie. Nadal byłem tego pewny. Jednak Clifford okazał się być całkiem dobrym aktorem. Podczas śniadania zachowywał się, tak jak zawsze. Był tym samym wesołym, nieco wrednym chłopakiem, którego znałem. W końcu sam zaczynałem wątpić w swoją teorię o problemie. Najwidoczniej żadnego nie było, a ja po prostu zbyt impulsywnie i emocjonalnie podszedłem do tego, co się z nim działo rano, od razu wyolbrzymiając tę sprawę.
                 Cała moja rodzina pojechała odstawić nas na lotnisko. Dzisiaj niestety kończył się nasz wspólny pobyt w Sydney. Pożegnanie z rodzicami i bratem było długie i dość wzruszające. Mama, jak zwykle popłakała się, raz za razem powtarzając mi i Michaelowi byśmy na siebie uważali i że mamy odzywać się do niej częściej. Dodatkowo zapewniała Clifforda, że zawsze jest u nas mile widziany. Chciała byśmy, jak najszybciej zaplanowali kolejną wizytę w Australii. Miałem nadzieję, że uda nam się zobaczyć znowu nieco szybciej. Może tym razem to oni przylecą do mnie? Nie miałbym nic przeciwko temu.

                  Umieściłem plecak w schowku. Rozejrzałem się po samolocie. Większość miejsc była już zajęta. Stewardesy krążył, to w jedną, to w drugą stronę, instruując innych pasażerów, gdzie mają usiąść i gdzie co schować. Odwróciłem się, spoglądając na zielonowłosego. Michael zajął miejsce przy oknie, które od razu zasłonił. Uśmiechnąłem się, siadając obok niego.
- Denerwujesz się?
- Chyba nie polubię tego środka transportu – powiedział powoli.
                Przekręciłem się, wsuwając swoją dłoń w jego. Chłopak zerknął na nasze splecione palce. Widziałem, jak lekko uśmiechnął się pod nosem. Po chwili spojrzał na mnie. Odpowiedziałem uśmiechem, zaczynając lekko masować jego skórę na wierzchu dłoni.
- Będzie dobrze – pociągnąłem cicho, nie odrywając od niego swoich błękitnych oczu. – Wtedy nie było tak źle i..
- Było koszmarnie – jęknął, zapadając się w fotelu. Zaśmiałem się. – To cię bawi?
- Nie rozbijemy się…
- Mogłeś mi tego nie przypominać – mruknął, marszcząc nos.
- Wtedy dałeś radę. Teraz też ci się uda.
- Mogłem wrócić do Los Angeles po swojemu i…
- Obiecałeś, że będziesz ze mną.
- Nie moglibyśmy zrobić małego wyjątku od reguły?
- Mam się popłakać?
- Czy to szantaż? Zresztą, czekaj! – Puścił moją rękę, a potem uderzył mnie w ramię. – To ja mam samolotowy kryzys, więc to ja mam prawo się rozpłakać.
- Nic się nie stanie – powiedziałem rozbawiony, przejeżdżając dłonią po jego udzie, by odrobinę go uspokoić. – Nawet, jak się rozbijemy, to nic ci nie będzie. Poskładasz się na nowo.
- Ale wtedy tobie coś się stanie – wyszeptał, odwracając się ode mnie.
                 Przez moment wpatrywałem się w niego, analizując jego słowa. Dopiero, jak cały ich sens do mnie dotarł, uśmiechnąłem się szeroko. Michael w tym momencie martwił się także i o mnie, choć nie było ewidentnie zbyt wielkiego zagrożenia. To spowodowało, że zrobiło mi się cholernie ciepło i przyjemnie. Był uroczy w tym swoim przesadnym zachowaniu i zdenerwowaniu.
- Mikey? – Znów na mnie zerknął. – Nic się nie stanie. Spróbuj się odprężyć.
- Odprężyć…
- Pomyśl, o czymś przyjemnym.
- Będziesz mnie trzymał za rękę?
- Będę – zapewniłem go, dodatkowo kiwając głową. – Ani na moment jej nie puszczę.
- Okej…
- Myśl, o czymś przyjemnym. O czymś, co wywołuje miłe uczucia i skup się na tym – powiedziałem, obserwując to, jak opiera się o oparcie fotela i zamyka oczy.
- Okej… Będę myślał o tobie – odparł niemalże szeptem.
                 Po raz kolejny na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Szybko wsunąłem swoją dłoń w jego rękę. Michael zacisnął lekko palce na mojej skórze. Nie otwierał oczu, próbując się opanować i obniżyć poziom stresu. Niewiele myśląc, nachyliłem się nad nim. Szybko musnąłem jego usta swoimi.
- Jesteśmy w miejscu publicznym - rzucił, rozglądając się. W końcu jego zielone tęczówki znów skoncentrowały się na mnie. – Jesteśmy w…
- I tak nikt tego nie widział, bo każdy jest zajęty sobą – odpowiedziałem szeptem, nie mogąc przestać się uśmiechać.
- Jesteś pewny?
- Jestem – odparłem, klepiąc go po dłoni.
- To… To w porządku.

                 Wszedłem do mieszkania. Odłożyłem klucze na szafkę. Zaciągnąłem walizkę do sypialni. Rozpakowywaniem zajmę się jutro. Michael był tuż za mną. Spojrzałem na niego niepewnie. Chłopak, bowiem znów wpadł w ten dziwny stan, w jakim znajdował się w Sydney. Był odrobinę nie obecny. Stał się cichy i milczący, jakby znów zatapiał się we własnych myślach. Zaczął się tak zachowywać, jak tylko wyszliśmy z lotniska. Nic dziwnego, że znów zacząłem się niepokoić.
                Michael postawił swoją walizkę niedaleko biurka. Odwrócił się i jak gdyby nigdy nic, wyszedł z sypialni. Spuściłem głowę, przez moment wpatrując się w swoje dłonie. Mój mózg zaczął przywoływać wszystkie wydarzenia z dnia dzisiejszego, a ja próbowałem wyłapać ten moment, w którym mogłem zrobić coś nie tak. Ten jeden moment, tę chwilę, która spowodowała, że mój roześmiany Anioł Stróż zniknął.
- Luke?
               Drgnąłem, kiedy wypowiedział moje imię. Bez słowa ruszyłem w kierunku salonu. Spojrzałem na chłopaka. Jego zielone tęczówki śledziły każdy mój ruch. Teraz to ja zacząłem się denerwować, a ten poziom wzrósł, kiedy wypowiedział to pieprzone zdanie, po którym zazwyczaj nie dzieje się nic dobrego.
- Musimy porozmawiać.
- Co zrobiłem nie tak? – zapytałem od razu, nie ruszając się z miejsca nawet o milimetr.
- Nie… Nic nie zrobiłeś. To… To nie o to chodzi.
               Michael zaczął się mieszać i zacinać. Ten wygadany Michael, niemalże się jąkał. Teraz wiedziałem, że nie ma on dobrych wieści. Teraz wiedziałem, że moje poranne przypuszczenia były prawdziwe. Poczułem, jak zaczęły trząść mi się dłonie. Nie próbowałem tego ukryć. Nie mogłem też przestać na niego patrzeć. Nie mogłem oderwać oczu od jego przygaszonych tęczówek.
                Przełknąłem nerwowo ślinę, czując w ustach suchość. Powoli podszedłem do kanapy. Usiadłem obok niego, nie wiedząc, jak powinienem się zachować. Czy mam spróbować się do niego zbliżyć czy może teraz lepiej zachować dystans? Próbować od razu przepraszać czy może pozwolić mu mówić? Co takiego zrobiłem i czy naprawdę jest, aż tak źle?
- Mikey…
                Ale zielonowłosy nie pozwolił mi dokończyć. Oparł dłoń o mój kark, napierając na mnie. Zanim się obejrzałem, złączył nasze usta w powolnym i czułym pocałunku. Poczułem niemiły uścisk, gdzieś w środku. Gdzieś w sercu. Obawiałem się tego, że Michael zaraz mi zakomunikuje, że nie tego chce i nie tego szuka. Że najnormalniej w świecie mnie zostawi. Przedwcześnie zostawi, bo oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jeśli on nie znajdzie rozwiązania, a moje uzdrawianie duszy się skończy, to będziemy musieli się, na jakiś czas rozstać. Aż do tego momentu, w którym w końcu uda nam się przełamać niewygodną i niewidzialną granicę, która nie pozwalała nam oficjalnie być razem.
              Odsunął się. Ponownie spojrzałem w jego tęczówki. Miałem wrażenie, że jakaś dłoń ściska moje gardło, bo nie byłem w stanie wziąć głębszego oddechu ani wydusić z siebie chociażby jednego słowa. Michael uznał to chyba za znak, że może w końcu przejść do sedna sprawy, którą chciał poruszyć. A ja cholernie nie chciałem, by to robił.
- Lukey…
               Przejechał dłonią po moim policzku. Kolejny nieprzyjemny dreszcz pojawił się na moich plecach. Moje serce zaczęło mocno łupać, jakby miało się zaraz wydostać na zewnątrz. Byłem pewny, że to słyszy. Byłem pewny, że wie, jak cholernie się boję. Bo inaczej nie mogłem tego określić. W tym momencie zaczynałem czuć najzwyklejszy strach. Nie chciałem, by mnie zostawiał. Tak bardzo nie chciałem zostać sam. Znowu.
- Pamiętasz, co powiedziałeś mi ostatniej nocy w Sydney – zaczął powoli, zniżając głos. Gula w gardle rosła, więc zdobyłem się tylko na to, by pokiwać mu głową. – Mówiłeś prawdę? Zakochujesz się we mnie coraz bardziej?
- Powiedziałeś, że masz to samo – wydusiłem, starając się brzmieć pewniej. Jeśli Michael zauważył, w jakim stanie się znajdowałem, to nie dał tego po sobie poznać.
- Naprawdę to czujesz?
- Masz, co do tego wątpliwości?
- Ja… Nie – odparł, odsuwając się. Zmarszczyłem czoło, obserwując to, jak wstaje z kanapy.
- Poczekaj. – Złapałem go za rękę. Michael ponownie spojrzał na mnie. – Mówiłeś, że musimy porozmawiać.
- Źle się wyraziłem. Chciałem się, tylko o to zapytać.
- To o tym myślałeś rano?
- Po części – powiedział, odrobinę się wahając.
- Co się dzieje?
- Nic się nie dzieje – odparł, uśmiechając się lekko. Nie przekonał mnie.
- Mikey…
- Jest w porządku – zapewnił, a ja odwróciłem głowę. Puściłem jego dłoń.
- Zostaniesz ze mną?
- Dzisiaj nie mogę. Muszę załatwić jedną sprawę.
- Jasne – powiedziałem cicho, przygryzając dolną wargę.
                Nie patrzyłem w jego stronę. Nie spojrzałem na niego nawet wtedy, gdy nachylił się, by złożyć na moim policzku szybki i delikatny pocałunek. Potem usłyszałem, tylko jego kroki, kiedy skierował się do sypialni, by zabrać swoją walizkę. Następne, co dotarło do moich uszu, to cisza. Cisza, która zaczęła mnie przytłaczać, a uczucie pustki powoli wypełniało mnie od środka. Znowu zostałem sam.
               Podciągnąłem się na sofie. Zrzuciłem buty, by postawić nogi na siedzenie. Oplotłem kolana ramionami. Oparłem brodę o przedramię. Wziąłem głębszy oddech, który stał się odrobinę przerywany z tych wszystkich emocji, jakie zaczynały się we mnie gromadzić.
               Nie rozumiałem tego, dlaczego kłamał. Dlaczego próbował mi wmówić, że nic się nie dzieje, skoro jego zachowanie ewidentnie wskazywało na to, że jest inaczej. Dlaczego nie ufał mi, tak jak ja ufałem jemu. Czy nie byłem dla niego wystarczająco dobry? Widziałem, że nigdy nie zbliżę się do jego statusu. Nigdy nie osiągnę tego, co on może osiągnąć. Mimo wszystko wierzyłem, że znalazł we mnie osobę, z którą będzie chciał spróbować. Osobę, którą obdarzy uczuciem i zaufaniem. Przy której będzie czuł się dobrze i swobodnie. Najwidoczniej jednak nie byłem tym, kogo chciał mieć u swego boku. Wszystko wskazywało na to, że moje nocne wyznanie skutecznie go odstraszyło. Pomimo tego, że i on niby czuł to samo. Po tej krótkiej wymianie zdań, zaczynałem w to wątpić.
                 A może popadam w paranoję? Może tylko wszystko wyolbrzymiam? Może Michael ma do załatwienia naprawdę ważną sprawę, a ja wplątuję w to wszystko siebie? Nie jestem przecież pieprzonym pępkiem świata. To może wcale nie chodzi o mnie. Może problem leży gdzieś indziej. Prawda była taka, że zaczynałem się w tym wszystkim gubić. Nie tylko w swoich myślach, ale także uczuciach. Musiałem znaleźć punkt zaczepienia, by poskładać się na nowo. A moim stabilnym gruntem, który nie pozwalał mi się rozpaść, był właśnie Michael.

~***~
                Znalazłem się przed domem. Moje palce mocniej zacisnęły się na rączce walizki. W tym momencie drżały mi, nie tylko dłonie, ale także i ramiona. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że praktycznie cały się trzęsę. Zamrugałem szybko, czując, jak zaczynają piec mnie oczy. Nie chciałem się teraz wykoleić. Nie chciałem się teraz rozpaść. Najpierw pragnąłem zaszyć się w swoim pokoju i dopiero tam dać upust emocjom.
               Mój oddech nerwowo przyspieszył, kiedy dotknąłem chłodnej klamki. Nacisnąłem ją, a następnie wszedłem do domu, który dzieliłem z przyjaciółmi. Zrobiłem kilka kroków w głąb pokoju. Usłyszałem ciche chrząknięcie, które odrobinę wyrwało mnie z własnych myśli. Odwróciłem głowę w kierunku kanapy. Moje oczy spotkały się z zielonymi tęczówkami Boria'i. Jęknąłem cicho pod nosem, widząc jej czujny i badawczy wzrok. Wiedziałem, że dziewczyna zaraz mnie rozszyfruje i dowie się, że coś jest nie tak. Dlatego, jak najszybciej chciałem ulotnić się do pokoju.
- Jak było w Sydney?
- Było fajnie…
- To fajnie – odparła, gdy tylko ruszyłem w kierunku swojego królestwa. – Ej! Michael!
- Nie teraz, ja…
- Michael!
- Kurwa – syknąłem cicho, ignorując ją.
                Jednak nie byłem głupi. Wiedziałem, że rudowłosa mi nie odpuści. Jak tylko wszedłem do pokoju, chciałem od razu zamknąć drzwi. Niestety, gdy tylko je pchnąłem, one otworzyły się z powrotem. Podniosłem głowę. Boria już stała w progu, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami. Po raz kolejny zmierzyła mnie wzrokiem.
- Nie zaczynaj…
- Nie zacznę, o ile sam mi powiesz, co się z tobą dzieje. Tryskałeś takim humorem przed wyjazdem, a wracasz tu, przypominając emocjonalny wrak.
- Dzięki za komplement.
- Mówię serio, Michael – pociągnęła, wchodząc do środka. – Co się stało?
- Nic…
- Nie zaczynaj znowu.
- Na Szefa, odpuść mi – rzuciłem, siadając na łóżku.
- Nie ma mowy – odparła, podchodząc bliżej. Zajęła miejsce obok. Ponownie czułem na sobie jej wzrok. – Chodzi o Luke'a, tak? – Nie odpowiedziałem. – Jasne, zachowuj się dalej, jak dzieciak.
- Może nie chcę o tym mówić.
- Chodzi o Luke'a, ja to wiem.
- To po co się pytasz?!
- Nie podnoś na mnie głosu! – warknęła, a potem uderzyła mnie w tył głowy. Poleciałem lekko do przodu. Przekląłem pod nosem, spoglądając na nią z wyrzutem. – Wiem, że wasza sytuacja jest… bardzo delikatna i poważna, dlatego wolałabym żebyś od razu przeszedł do rzeczy. Co takiego się wydarzyło w Sydney? Co takiego zrobił Luke albo co ty takiego zrobiłeś? Martwię się.
- Powiedział… - Urwałem, czując, jak znów zaczynam się trząść. – Powiedział, że coraz bardziej się we mnie zakochuje.
- Co mu odpowiedziałeś?
- Że mam to samo – odparłem, a mój głos odrobinę się załamał.
- I to źle? – Przemilczałem to. – Mikey, czy to źle? – powtórzyła powoli.
- Ja…
                Nie dałem rady kontynuować, bo kilka słonych łez spłynęło po moich policzkach. Wytarłem je szybko palcami, nie chcąc, by to widziała. Jednak Boria zdążyła je zauważyć. Poczułem lekki dreszcz, który przebiegł po moim kręgosłupie, gdy położyła mi dłoń na ramieniu. Między nami zapanowała cisza. Po chwili objęła mnie, przysuwając się bliżej.
- Ale ty nie czujesz tego, co on. – To nie było pytanie. Ona stwierdziła to z góry, wyciągając konkretne i trafne wnioski. – Ty po prostu go kochasz.
- Nie powinienem go kochać – wyrzuciłem, mając do siebie pretensje. – Tu już nie chodzi o mnie – dodałem, a ona szybko pokiwała głową. – Tu chodzi o niego. Byłem pewny, że to nie będzie działo się tak szybko. Że na dłużej zostaniemy zawieszeni w tym stanie mocnego zauroczenia. Że to wszystko będzie przychodzić w większych odległościach czasowych, tak stopniowo i płynnie. I że prędzej wymyślę sposób, byśmy mogli być razem. Że będę miał więcej czasu.
- Powiedziałeś, że chodzi o niego.
- Jeśli to jego uczucie do mnie się zwiększy, ja… Ja go na pewno skrzywdzę.
- Dlaczego tak myślisz?
- Bo jeśli szybko nie znajdę rozwiązania, będę musiał go zostawić. Złamię mu serce. Złamię mu serce, które dopiero co poskładał do kupy. A ja tak… A ja tak cholernie nie chcę tego zrobić. Nie chcę, by przeze mnie cierpiał.
- Mikey… On wie, jak to może wyglądać.
- Właśnie… On tylko zdaje sobie z tego sprawę. Ma pewne wyobrażenie. Ale jak przyjdzie, co do czego, to będzie gorzej. A jak… A jak nie będzie chciał czekać? Co jak…
- Ty znalazłeś to w nim, prawda? – Spojrzałem na nią załzawionymi oczami. Zacisnąłem usta. – On się tym stał, tak? Dlatego tak bardzo się boisz? Mikey, czy Luke jest twoją bratnią duszą? – Otworzyłem usta, ale nie byłem w stanie wydobyć z siebie, jakiegokolwiek słowa. Głos ugrzęznął mi w gardle. – To zmienia obraz sytuacji. Boisz się tego, że z ciebie zrezygnuje.
- Ludzie nie kochają, jak my. Ich uczucia nie zawsze są tak stałe i silne…
- Ale potrafią takie być i jest na to dużo przykładów. Nie przekreślaj go z góry. Może on na ciebie poczeka.
- Nie sądziłem, że to odczuwa się tak bardzo mocno – wydusiłem, a kolejne kilka łez opuściło moje oczy. – To, co mówili inni jest prawdą. Masz wrażenie, że żyjesz nie dla siebie, ale dla tej drugiej osoby. Że jesteś częścią jej, a ona częścią ciebie. Jak dwie idealnie pasujące do siebie połówki. Jedyne, czego pragnę, to być ciągle obok niego, chronić go przed wszystkim, co złe i sprawiać, by zawsze był bezpieczny i szczęśliwy. Problem w tym, że jest człowiekiem, a ja połowy tego czego chcę, nie jestem w stanie spełnić. Bo żyję w pieprzonym innym świecie, do którego on nie ma wstępu. To jest… To jest tak cholernie niesprawiedliwe – jęknąłem, zakrywając twarz dłońmi.
- Znajdziemy sposób – powiedziała cicho Boria. – Zrobimy wszystko, by znaleźć sposób i wyjść z tej sytuacji.
- A co jeśli się nie uda? On będzie żyć dalej swoim życiem, w którym nie będzie dla mnie miejsca. Będę musiał zostawić go samego. Nie chcę tego… Naprawdę tego nie chcę…
                Przyjaciółka objęła mnie mocniej. Przybliżyłem się do niej, wciskając twarz w jej ramię. W tym momencie byłem na granicy, jakiegoś załamania i nie byłem pewny, czy dam radę ponownie się z tego podnieść. Cała ta sytuacja i wzmocnione uczucia naprawdę mnie przytłaczały. Z jednej strony bałem się tego, że zranię Luke'a. Z drugiej, zaś obawiałem się bólu, który będę odczuwać, gdy nasz plan z rozwiązaniem dzielącego nas problemu się nie powiedzie. Dopóki istniała między nami granica, on nie mógł być mój. A ja nie mogłem być jego. Nie mogliśmy stać się jednością. 


***
Teraz Michael przeżywa wewnętrzny kryzys. a wszystko przez to, że się boi. Chłopaki niestety musieli wrócić już do Los Angeles. Liz już za nimi tęskni :) 
W ogóle dopiero wczoraj zorientowałam się, że TGA też powoli dobiega końca. O ile dobrze pamiętam, zostało nam jeszcze sześć rozdziałów. Za szybko. Wszystko mi za szybko mija :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informację o tym, co i kiedy zostało opublikowane :)

Do następnego!

Pozdrawiam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz