piątek, 16 września 2016

#26 Tak bardzo chciałem się od niego uwolnić

              Skłamałbym sam przed sobą, gdybym powiedział, że ta noc należała do tych przyjemniejszych. Było by to całkowite kłamstwo, bo prawda wyglądała zupełnie inaczej. Ta noc była jednym wielkim koszmarem. Bezsenność i uczuciowe rozbicie towarzyszyło mi w każdej minucie, kiedy to leżałem w swoim łóżku, próbując, choć na chwilę przywołać do siebie sen. Nic z tego.
              Może potrafiłem pozbierać się do kupy po wydarzeniach z przeszłości. Udało mi się podnieść po tragedii, która się wydarzyła. Pogodziłem się z tym, pozbyłem poczucia winy, ale nadal, gdzieś w środku potrzebowałem pomocy i oparcia, by trwać w takim stanie dalej. A to emocjonalne oparcie zniknęło razem z Michaelem. Jakby chłopak zabrał wszystko, co udało mi się do tej pory zbudować. Jakby roztrzaskał mnie na nowo. Znów stałem się uczuciowym kaleką, który nie potrafi poradzić sobie sam ze sobą.
              Udało mi się wpaść w niespokojny, niedługi sen tuż nad ranem. Przespałem może godzinę lub dwie. I tyle na dzisiaj musiało mi wystarczyć, bo jak tylko na nowo otworzyłem oczy, wszystko to, co wydarzyło się wczoraj wróciło na nowo. A ja nie miałem już siły z tym walczyć. Pogrążyłem się, więc w negatywnych odczuciach, rozpamiętując te wydarzenie raz za razem, jednocześnie urządzając sobie swoją własną katownię. Dołowałem się jeszcze bardziej, nie mogąc tego w żaden sposób zatrzymać.
               Po wstaniu z łóżka, zorientowałem się, że towarzyszy mi cisza. Pusta, nieprzyjemna cisza, która doskonale opisuje mój stan. Samotność. W tym momencie czułem się cholernie samotny. Pozostawiony sam sobie. Byłem przyzwyczajony do towarzystwa Michaela. Byłem przyzwyczajony do tego, że z rana chłopak leży obok, obejmując mnie ramionami lub krząta się po domu. Brakowało mi kroków, odgłosu włączonego telewizora i zapachu śniadania, które zawsze ze sobą przynosił. Brakowało mi jego.
               Byłem też wściekły. Jak tylko doprowadziłem się do jako takiego stanu używalności, poczułem złość. Uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą, a ja znów zacząłem całą winę zwalać na niego. Za to, jak postąpił. Za to, jak się zachował. Za to, że pozwolił mi się w sobie zakochać, a potem odepchnął od siebie, wmawiając mi, że to na nic. Że z tego nigdy nic nie będzie. W dalszym ciągu miałem też pretensje do siebie. Żałowałem wypowiedzianych słów. Żałowałem każdej czulszej chwili, którą razem spędziliśmy. Każdej, która sprawiała, że kochałem go bardziej. Chciałem go znienawidzić przez to, jak bawił się moimi uczuciami. Ale nie potrafiłem i to było cholernie bolesne i frustrujące.
                Zdawałem sobie sprawę z tego, że to jeszcze nie koniec. Nadal byłem jego pracą. Wciąż tkwiliśmy powiązani na tej linii, więc wiedziałem, że i tak będziemy się widywać. Choćby tylko po to, by dokończyć to, co zaczęliśmy. Nie mogliśmy się rozejść w swoje strony, jakby to zrobili inni, normalni ludzie. Ja miałem jeszcze trochę roboty do wykonania i on także. I chyba tego spotkania obawiałem się najbardziej. Nie sądziłem tylko, że nastanie ono tak szybko.
                Dopiłem kawę, która jednocześnie służyła mi za śniadanie. Z tego wszystkie miałem tak mocno ściśnięty żołądek, że ostatnią rzeczą, o jakiej myślałem, to jedzenie. Odpuściłem sobie ten posiłek, uznając, że zjem coś w studiu albo w drodze do niego. Zdążyłem odłożyć kubek, kiedy nagle poczułem, że ktoś mi się przygląda. Nie musiałem długo się zastanawiać, kto to mógł być.
                Podniosłem powoli głowę, wpatrując się w chłopaka. Michael stał po drugiej stronie stołu, bacznie mnie obserwując. Zacisnąłem usta i przekręciłem oczami, nie mogąc się w żadne sposób powstrzymać. Jego obecność bolała. Bolało to, że był tak blisko, a jednocześnie tak cholernie daleko. Między nami nie miało prawa nic być. Niekontrolowanie zazgrzytałem zębami. Jego przygaszone zielone oczy zaczynały mnie irytować. Michael zrobił krok do przodu, ale ja szybko poderwałem się z miejsca. Bez słowa włożyłem brudy kubek po kawie do zmywarki, a następnie zatrzasnąłem drzwiczki, robiąc to odrobinę za mocno, niż było to konieczne. Nie odezwał się, tylko dalej śledził każdy mój ruch.
- Masz zamiar tak stać? – warknąłem pod nosem, starając się na niego nie patrzeć.
- Powinniśmy przedyskutować kilka spraw i…
- Nie mam teraz czasu. Spieszę się.
- Tu chodzi o twoje ozdrawianie duszy.
- Oczywiście – odparłem od niechcenia. Michael zmrużył na mnie oczy. – Mów, co masz mi powiedzieć, a potem daj mi pracować.
- Zajmę ci dosłownie chwilę – powiedział, wyciągając z kieszeni tablet. – Głównie chodzi o to, że nadal masz niewielki kawałek drogi do przejścia. Chociaż naprawdę dobrze ci idzie. Jesteś coraz bliżej celu. Dobre uczynki wykonujesz już niemalże automatycznie. Nie popełniasz starych błędów. Wcześniej… - Przełknął ciężko ślinę, jakby na moment się rozkojarzył. – Wcześniej już dawałem ci wolną rękę i możemy to tak zostawić. Ty zrobisz swoje, a ja tylko będę cię nadzorował i ewentualnie naprowadzał w razie problemów. Myślę jednak, że wkrótce zdobędziesz pełen pakiet uczynków.
- To dobrze, bo chcę mieć to już za sobą – odparłem, wymijać go. – Coś jeszcze?
- Chodzi o nauki i…
- Nasłuchałem się dość o naprawianiu duszy, funkcjonowaniu wolnej woli i całym tym cyrku. Nie potrzebuję więcej kazań.
- Skoro tak uważasz.
- Tak, tak uważam – powiedziałem, idąc do pokoju.
              Złapałem za dokumenty i klucze od samochodu, które leżały na biurku. Wróciłem z nimi do kuchni. Ponownie bez słowa wyminąłem Michaela, kierując się w stronę holu. Założyłem buty. Dopiero wtedy moje błękitne oczy spojrzały wprost na niego.
- To wszystko?
- Wszystko w tej sprawie.
- Jaka jest następna?
- Chodzi o wczoraj i…
- Nie – przerwałem mu, szybko kręcąc głową. – Wczoraj wyraziłeś się nazbyt jasno, więc odpuść sobie. – Michael zmieszał się. Skupił wzrok na czubkach swoich czarnych butów. – Nie chcę tego słuchać.
- Mam pójść z tobą do studia?
- Nie. – Clifford ponownie na mnie spojrzał. - Nie chcę cię tam – powiedziałem, czując, że głos niebezpiecznie zaczyna mi drzeć. 
              Wiedziałem, że jeszcze chwila, a wybuchnę. A cholernie tego nie chciałem. Byłem tak rozchwiany emocjonalnie, że pewnie podczas krzyków, popłakałbym się przy tym, jak dziecko. A tego tym bardziej chciałem uniknąć. Dlatego nie czekając dłużej, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z mieszkania, zostawiając go samego.

~***~
              Wcale nie dziwiło mnie jego zachowanie. Sam byłem sobie winny. Rozwaliłem dosłownie wszystko, co mieliśmy. Co kiedykolwiek udało nam się zbudować. Wszystko to runęło, niczym domek z kart. I działo się to na moje własne życzenie.
              Chciałem go uchronić przed pustką i samotnością, a zraniłem go najmocniej, jak tylko umiałem. Raniłem też siebie. Nie potrafiłem połączyć naszych światów, więc zdecydowałem, że odejście i odsunięcie się od chłopaka, będzie najlepszym wyjściem. Chciałem, by Luke ruszył do przodu i żył dalej. Wiedziałem jednak, że dopóki będę obok, nie będzie to możliwe. Ludzie jednak mieli to do siebie, że z biegiem czasu zapominali. Ich wspomnienia przestawały być żywe i kolorowe. Blakły, a oni wypełniali je nowymi, żywszymi odcieniami życia. Zdobywali je na nowo. Poznawali i zakochiwali się po raz kolejny i kolejny, a stare uczucia stawały się, tylko pieczęcią w ich życiorysie. Niewielkim fragmentem całości.
               Kiedy blondyn zatrzasnął za sobą drzwi, poczułem spływającą po policzku łzę. Cała ta sytuacja nie była dla mnie łatwa. Była cholernie trudna i bolała. Jakby każdy skrawek mojego ciała, a nawet duszy, wołało o niego. O tą jedną konkretną osobę, dzięki której jest się szczęśliwym. Wiedziałem, że ja już nigdy tego szczęścia nie odzyskam. My nie zapominaliśmy. Szczególnie, gdy w grę wchodziła bratnia dusza.
                 Odwróciłem się, przecierając dłońmi twarz. Nie chciałem na razie wracać do Nieba. Bałem się kolejnej konfrontacji z przyjaciółką, która już wczoraj bardzo wyraźnie powiedziała mi, co o tym wszystkim myśli. I choć była ze mną, i choć chciała mnie pocieszyć i pomóc, to jednak szybko uznała, że postąpiłem cholernie niepoważnie. Dziwiła się, że nie podjąłem walki, skazując wszystko na porażkę. Nie chciałem tego wysłuchiwać po raz kolejny.
                  Nogi same zaprowadziły mnie do sypialni Luke'a. Spojrzałem na duże, znane mi łóżko, w którym wielokrotnie obaj tkwiliśmy – czy to śpiąc, rozmawiając, jedząc czy kochając się. Pamiętałem najdrobniejszy szczegół z tych wszystkich chwil i miałem je pamiętać już do końca. A wraz z nimi czułem każdy dotyk chłopaka, czuły pocałunek, słyszałem każde jego wypowiedziane słowo i ton, w jakim je wypowiadał. Uśmiechnąłem się przez łzy, kiedy w uszach usłyszałem jego śmiech. Śmiech, który tak cholernie kochałem.
                  Usiadłem na materacu. Przejechałem dłonią po miękkiej poduszce, na której zawsze spał. Wstrzymałem oddech, podnosząc ją. Przycisnąłem ją do twarzy, czując znajomy zapach. Moje palce mocniej zacisnęły się na białym materiale. Próbowałem się uspokoić i wziąć głębszy oddech, ale smak porażki dobił mnie jeszcze bardziej. Zanim zdążyłem się powstrzymać, rozpłakałem się z totalnej bezsilności.

~***~
                   Siedziałem na kanapie w kącie pokoju. Nerwowo skubałem zębami dolną wargę. Mój wzrok utkwiony był gdzieś w podłodze, ale ja jej zupełnie nie widziałem. Moje myśli podpłynęły w kierunku Michaela, choć tak bardzo starałem się wymazać jego obraz z głowy. Nieświadomie wzdrygnąłem się, kiedy przypomniałem sobie nasze dzisiejsze spotkanie. I to, jak daleko byliśmy od siebie. I nigdy nie mieliśmy już zmniejszyć tego dystansu.
- Luke?
                Podniosłem głowę, będąc odrobinę zdezorientowanym. Zamrugałem, widząc, że pozostali wpatrują się we mnie z uwagą i niepokojem jednocześnie. Na ich twarzach malowała się troska. Czy było, aż tak mocno widać to, że nie jest ze mną w porządku? Czy nie udało mi się tego dostatecznie ukryć?
- Co jest?
- Nic. Jestem, tylko zmęczony – odpowiedziałem, wzruszając ramionami. – Miałem kiepską noc.
- Widać, stary – rzucił Daniel. – Ja na kacu prezentuję się lepiej.
- Powiesz nam, co się stało? – zapytał Ashton, siadając obok. Reszta również przysunęła się bliżej. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że w studiu jest strasznie cicho.
- Co z muzyką?
- Wcale tego nie słuchałeś – powiedział Calum. – A mamy decydować o linii melodycznej razem.
- Przepraszam – mruknąłem, przecierając twarz rękami. – Nie potrafię się skoncentrować.
- Coś cię gryzie – skwitował Ashton.
- Po prostu źle spałem i tyle.
- Nie zaczynaj znowu – mruknął Daniel, nie odrywając ode mnie swoich brązowych oczu.
- Jak znowu? – wydusiłem, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
- Zachowywałeś się tak po wypadku – powiedział ciszej. Kątem oka zauważyłem, jak Ash i Calum wymieniają szybko spojrzenia. – Jakby cię tu z nami nie było. Jesteś nieobecny. I skoro ja jestem najbardziej wyluzowany z nas wszystkich, a zaczynam się niepokoić, to coś jest na rzeczy.
- Nic mi nie jest i…
- Luke – przerwał mi Calum. – Chodzi o to, że twoje zachowanie nas martwi. Nie chcemy, by było…
- Nie będzie, jak kiedyś – zapewniłem go z pewnością w głosie. – Nie upadnę już tak nisko.
- To i tak nie zmieni tego, że dalej będziemy się martwić – powiedział Ash, klepiąc mnie po udzie. – Może przerwiemy pracę i wyskoczymy gdzieś razem. Albo spotkamy się, u któregoś w domu, by po prostu posiedzieć i się poobijać. Zaprosisz Michaela i…
- Nie będę go nigdzie zapraszać – warknąłem, zanim zdążyłem się powstrzymać. Chłopaki zrobili wielkie oczy. – Ja…
- Chyba znamy odpowiedź, co takiego cie gryzie – rzucił Daniel, unosząc jedną brew. – Pokłóciliście się?
- Można tak powiedzieć – mruknąłem, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
- Pogodzicie się. To normalne, że bliskie osoby się kłócą i…
- Nie chcę o nim rozmawiać! – Zerknąłem po kolei na każdego i poczułem się głupio. Nie powinienem wyżywać się na nich. – Przepraszam.
- W porządku. Jesteś zdenerwowany. Każdy z nas, jak się wkurzy, to krzyczy – powiedział powoli Hood. – Po tylu latach znajomości, jesteśmy do tego przyzwyczajeni – dodał, uśmiechając się lekko. – Jeśli nie chcesz rozmawiać o Michaelu…
- Najlepiej w ogóle nie wypowiadaj przy mnie jego imienia.
- Okej, okej. W porządku. Kończymy temat – odparł Calum, ponownie wymieniając szybkie spojrzenia z pozostałymi.

                Był późny wieczór. Siedziałem w salonie, wpatrując się w ekran telewizora. Właśnie nadawali powtórkę, jakiegoś talent show. Próbowałem się na nim skupić, ale nie wciągnął mnie na tyle, by całkowicie zająć moje myśli. Obok mnie znajdował się zeszyt z piosenkami. Skoro nie potrafiłem poradzić sobie z własnymi emocjami i uczuciami, to postanowiłem wykorzystać je w tworzeniu. Pisałem, licząc na to, że to choć trochę mnie rozluźni.
               Już chciałem złapać za notatnik, by wpisać kolejne luźne zdanie, kiedy drugi raz w ciągu dnia poczułem, że ktoś się na mnie patrzy. Spojrzałem w bok. Przede mną stał Michael. Przekręciłem oczami. Byłem pewny, że dzisiaj nie będę musiał go już więcej oglądać. Jak widać, myliłem się.
- Czego chcesz? - zapytałem od razu, mając nadzieję, że ta wizyta będzie krótka. Patrzenie na niego wcale mi nie pomagało. Łamało mnie od środka na nowo. Na jeszcze drobniejsze kawałki.
- Chciałem zobaczyć, co…
- Nie powinno cię to obchodzić. Twoim zadaniem jest śledzenie moich postępów, a jak widzisz, na dzisiaj już skończyłem.
- Ale… - Urwał, gdy poderwałem się z miejsca. Zrobiłem krok do przodu, by stanąć naprzeciwko niego.
- Nie chcę cię widzieć w moim domu bez wyraźnej potrzeby. Swoje zamartwianie się o mnie, wsadź sobie głęboko w tyłek.
- Rozumiem twój żal i…
- Żal?! Żal?! Złamałeś mi do cholery serce, Michael! – warknąłem, czując, narastającą wściekłość i frustrację. W tym momencie miałem ochotę go uderzyć. – Zabawiłeś się i odszedłeś, mając gdzieś moje uczucia do ciebie!
- To wcale nie tak! Chcę…
- Nie chce słuchać twoich nędznych wyjaśnień!  Skoro sam nie potrafisz dojść z sobą do ładu, to oszczędź mi tego i daruj sobie! Mam to gdzieś!
- Luke…
- Odpieprz się!
- Pozwól mi…
- Nie chcę cię już dłużej oglądać – wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Spieprzaj i daj mi spędzić ten wieczór w spokoju!
- Skoro tego właśnie chcesz.
- Tak, tego właśnie chcę.
               Gdy tylko to powiedziałem, zniknął. Zaczerpnąłem głośniej powietrze. Po moich policzkach popłynęły łzy, które od razu wytarłem dolną częścią koszulki. Miałem dość. Miałem dość całej tej pokręconej sytuacji. Chciałem uwolnić się od ponownego bólu, jaki wywołał Michael, pojawiając się tu. Tak bardzo chciałem się od niego uwolnić. Ale na daną chwilę nie potrafiłem. Jego osoba mnie otoczyła, nie dając ani chwili wytchnienia. A tego w tym momencie potrzebowałem. By się oderwać. By przestać myśleć. By zapomnieć. By definitywnie zakończyć ten rozdział. Rozdział, który z nim stworzyłem.


***
Mamy coraz bliżej do końca tego ff. O ile dobrze pamiętam zostały chyba jeszcze trzy rozdziały i epilog. Chłopaki... Co tu dużo mówić - teraz Luke przeszedł w stan złości. 
Mam nadzieję, że rozdział się podobał :)

Standardowo serdecznie zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o pojawiających się rozdziałach, cytaty i informacje na temat nowych ff :)

Zapraszam też na nową historię Stay Alive - można już przeczytać prolog :) 
Link do opowiadania w kolumnie "Moje Blogi"

Pozdrawiam i do następnego! 



Z dedykacją dla ALPAKI :D

4 komentarze:

  1. O mój boże. Co to się dzieje? Mam nadzieję, że Luke nie zapamiętałem się tak jak po wypadku. Rozdział jest mega smutny. Nienawidzę gdy ktoś się kłóci, a zwłaszcza jeśli są dla siebie po prostu stworzeni. Oni muszą być razem, wtedy wróci wesoły Luke i Michael będzie szczęśliwy i wszystko będzie okej. Rozdział super. Czekam na następny, mam nadzieję, że weselszy. Pozdrawiam i życzę weny. Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział się podobał :) Standardowo - nic nie zdradzę na temat tego, jak ta ich relacja się potoczy :)
      Również pozdrawiam!

      Usuń
    2. Sorki ale się pomyliłam. W trzecim zdaniu ma być załamie.

      Usuń
    3. W porządku :) Załapałam sens zdania nawet z tamtym słowem :)

      Usuń