czwartek, 29 września 2016

#27 Ludzie kochają inaczej

              Minęło kilka dni, a moja relacja z Michaelem wcale się nie polepszyła. Miałem nawet wrażenie, że oddaliliśmy się od siebie jeszcze bardziej. Ale czego mogłem się spodziewać. Takie było moje życzenie. Tego właśnie chciałem. Wyraziłem się, aż nazbyt jasno, by się ode mnie odczepił, więc chłopak rozmawiał ze mną, tylko wtedy, kiedy była to czysta konieczność związana z pracą.
              Byłem pewny, że być może ta separacja i ograniczone spotkania z nim, w jakiś sposób mi pomogą. Sprawią, że przestanę do niego cokolwiek czuć. Nic z tego. Prawda była zupełnie inna. Miałem wrażenie, że zatapiam się w tym uczuciu jeszcze bardziej. Że to, co się dzieje, wpływa na mnie podwójnie. Chciałem go znienawidzić. Zrzucałem na niego winę, wielokrotnie w myślach wyzywałem od najgorszych, bo to on wszystko zepsuł. Mimo tego nadal go kochałem.
              Powoli znów zaczynałem się gubić. Gubić w uczuciach i myślach. Z jednej strony nie chciałem go oglądać ani tym bardziej przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. Jego widok bolał.
               Z drugiej, wywoływał też tęsknotę. Cholernie tęskniłem za wspólnie spędzonymi chwilami, kiedy to tkwiliśmy na kanapie w salonie oglądając filmy lub słuchaliśmy razem muzyki. Brakowało mi długich rozmów i milczenia, podczas którego po prostu pogrążaliśmy się we własnych myślach, będąc tuż obok siebie – razem. Tęskniłem za jego promiennym uśmiechem, ciepłym głosem i śmiechem, którego mogłem słuchać godzinami. Brakowało mi jego wesołych, zielonych oczu, w których lśniły te znane mi iskierki, które potrafiły mnie całkowicie pochłonąć. Tęskniłem za czułymi pocałunkami, objęciami, bliskością, za jego dotykiem i zapachem. Wielokrotnie wspominałem te wszystkie chwile, wyłapując najmniejsze detale, czy to w jego ruchach czy mimice. On cały był obrazem, który tak chciwie pragnąłem mieć na własność. Był kimś, kogo nie mogłem jednak dostać. Michael miał dla mnie miano zakazanego owocu, po który nie wolno mi było sięgać.

~***~
              Od dłuższego czasu siedziałem w swoim pokoju, zalegając na łóżku i wpatrując się w ekran tabletu. Westchnąłem pod nosem, śledząc każdy jego ruch. Po naszej kłótni stała się to dla mnie jedna z głównych rozrywek w ciągu dnia. Obserwowanie jego następnego kroku. Notoryczne sprawdzanie, jak sobie radzi, co aktualnie robi i czy nic złego mu się nie dzieje. Jeśli nie mogłem być cieleśnie obok niego, postanowiłem być z nim duchowo – jak głupio, by to nie brzmiało. Chyba zmieniłem się w prawdziwego Anioła Stróża, który badawczo podążą za każdym krokiem swojego podopiecznego.
               Podniosłem głowę, kiedy drzwi od pokoju raptownie się otworzyły. Boria spojrzała na mnie z powagą, dokładnie mierząc mnie wzrokiem. Skrzywiła się na widok mojej niezadowolonej miny. Wiedziała, że mi przeszkadza. Od kłótni z Lukiem separowałem się od innych, aby móc ciągle patrzeć w ten cholerny ekran tego przeklętego urządzenia, który był moją jedyną furtką do tego, by być bliżej niego.
- Nigdzie nie idę – powiedziałem od razu, kiedy anielica weszła w głąb mojego królestwa.
- Nawet nie zamierzałam cię nigdzie zapraszać, gburze – odparła, siadając na skraju łóżka. – Jak tam reality show pod tytułem Kocham Luke'a, ale jestem durniem? – Zazgrzytałem zębami. – No, co? – pociągnęła z niewinną miną. – Nadal nie rozumiem twojego postępowania i otwarcie ci to pokazuję.
- Zdążyłem zauważyć. Nie powinnaś mnie wspierać? Wiesz… Jako przyjaciółka i…
- Oczywiście, że cię wspieram, ale to nie znaczy, że nie mogę wyrażać swojego zdania, kiedy postępujesz, jak dureń.
- On jest człowiekiem – warknąłem, raptownie siadając na materacu. – Tu nie będzie szczęśliwego zakończenia, jak w tych twoich romansidłach, które ciągle czytasz.
- Może dlatego go nie będzie, bo odpuściłeś? – Przekręciłem oczami. Ta rozmowa do niczego nie prowadziła i ja to wiedziałem. – Przecież dążyłeś do tego, by w końcu znaleźć sposób, by z nim być. Teraz odpuściłeś. Wystraszyłeś się tak wielkiego uczucia, które pojawiło się za szybko i nagle. Kiedy ostatnio robiłeś coś w tym kierunku? – Wzruszyłem ramionami. – Pewnie zanim do waszego love story wdarł się dramat.
- Chcę, by Luke był szczęśliwy, a ze mną nie będzie! Ile razy mam ci to powtarzać?!
- A co, jeśli się mylisz? – Zamrugałem oczami, nie do końca wiedząc, o co jej chodzi. – Co jeśli wcale nie będzie szczęśliwy?
- Ludzie kochają inaczej, niż…
- A co, jeśli to też bzdura? Może ludzie też znajdują swoje bratnie dusze. Zobacz, ile na świecie jest szczęśliwych par, które są ze sobą od początku do końca. Odnajdują się nawet tutaj i dalej piszą swoje historie. Dodają następne rozdziały, choć żyją w nowym świecie. Są jednak razem. I to się nie zmienia. – Wstrzymałem oddech, gdy poczułem, jak zadrżała mi dolna warga. – Co jeśli Luke odnalazł w tobie swoją bratnią duszę? Ty wiesz, jak to jest być daleko. Co jeśli on cierpi tak samo, jak ty, bo nie ma cię obok?
- Bzdura – mruknąłem, odwracając się od niej. – Ludzie kochają inaczej.
- Możliwe, że nas i ich wcale nie dzieli tak wiele. Może jesteśmy do siebie o wiele bardziej podobni. – Podniosła się z łóżka. Nie spojrzałem w jej kierunku.  – Patrząc na ciebie i na niego, zaczynam coraz bardziej wątpić w te różnice. Ale to twoja decyzja, Michael – pociągnęła, klapiąc mnie po plecach. – On, jako człowiek, nie wiele może. Jednak, jeśli ty uznasz, że warto powalczyć dalej i nadal będziesz szukał wyjścia z tej sytuacji, wiedz, że możesz na mnie liczyć. Możemy szukać rozwiązania razem.
- Dzięki - wydusiłem, czując, jak mój głos robi się wilgotny.

~***~
              Chłopaki wyciągnęli mnie na sobotnią imprezę. Uznali, że całej naszej czwórce przyda się odrobina rozrywki. Będąc w ich towarzystwie udawałem, że cała sprawa z Michaelem nie istnieje. Wiedziałem jednak, że kto jak kto, ale oni znają mnie, aż za bardzo. Potrafili dostrzec to, co usilnie starałem się ukryć. Mianowicie, jak cała ta sytuacja znów psychicznie mnie wykańcza. Byłem pewny, że liczyli też na to, że podczas imprezy poznam kogoś nowego, kto pomoże mi się podnieść z dołka, w który powoli spadałem. Cała trójka też była przekonana, że mój kontakt z Cliffordem się urwał. Nie wyprowadzałem ich z błędu. Przecież nie mogłem powiedzieć im wprost, że naszą dwójkę łączy coś na wzór wspólnej pracy.
              Zamiast spędzać ten wieczór w swoich czterech ścianach, będąc sam ze sobą, siedziałem teraz przy barze, powoli popijając zimne piwo. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że łamię jeden z postawionych zakazów. Jednak potrzebowałem czegoś, co skutecznie mnie rozluźni. Chociaż odrobinę pomoże zmienić tor myśli. Postanowiłem jednak uważać, by nie przeholować. I nie tylko ja, bo od samego początku byłem pod czujnym okiem Ashtona. Perkusiście od samego początku nie spodobał się fakt, że postanowiłem się z nimi napić. Calum również podchodził do tego dość sceptycznie. Jedynie Daniel był pod tym względem bardziej wyluzowany. Wiedziałem, dlaczego mają do tego takie nastawienie i dzięki temu, tym bardziej próbowałem się pilnować. Nie chciałem ich zawieść i rozczarować po raz kolejny.
               Dzięki kolejnej butelce piwa, po północy wpadłem w końcu w spokojniejszy i bardziej weselszy stan. To zdziwiło nie tylko mnie samego, ale także i ich. Żartowałem, śmiałem się z nimi w sposób, jaki nie robiłem od kilku dni. Nadal jednak byłem na tak zwanej czujce. Gdy Daniel zaproponował następną kolejkę, grzecznie odmówiłem. Nie chciałem stracić kontroli. Wiedziałem, że gdy minę granicę, mój nastrój ulegnie zmianie. Znów stanę się nadąsanym dupkiem z depresją, który nie umie sobie poradzić z tym, co się wokół niego dzieje. O wiele lepiej czułem się w wersji swobodnej i pozytywnej.
- Luke – zaczął Daniel, nachylając się. – Ta laska nie odrywa od ciebie oczu – dodał, kiwając głową w stronę ciemnowłosej dziewczyny, która siedziała przy jednym ze stolików.
               Miałem gdzieś dyskrecję i takt, więc bez ogródek spojrzałem wprost na nią. Była ładna, choć jak dla mnie zbyt mocno zrobiona. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to jej ostry makijaż z doklejonymi sztucznymi rzęsami, które widziałem nawet z tej odległości, pełne usta pociągnięte czerwoną szminką z ciemniejszą konturówką i mocno rozświetlona rozjaśniaczem twarz. Jej koszulka więcej odsłaniała, niż zakrywała, eksponując biust. Do tego dobrała przesadnie podarte czarne spodnie. Zmierzyłem ją dokładnie wzrokiem po raz kolejny, gdy uśmiechnęła się szeroko.
- O nie – jęknąłem, krzywiąc się. – Ona nie jest dla mnie.
- Wcześniej, jakoś takie mocno zrobione panny ci nie przeszkadzały – parsknął ze śmiechem Irwin. Zacisnąłem usta, odwracając wzrok.
- Wtedy było mi wszystko jedno. Teraz to nowa wersja mnie – powiedziałem, rozglądając się po klubie. Moje oczy rozbłysły, kiedy dostrzegłem kogoś, kto naprawdę mnie zainteresował.
- Co?
- On jest o wiele lepszy od niej – rzuciłem, wpatrując się w niższego blondyna, który siedział przy następnym stoliku, zaraz obok panny wytapetowanej.
- Bo zaczniesz się ślinić – mruknął Ash, przystawiając do ust butelkę.
- Trochę zabawy mi nie zaszkodzi – powiedziałem, wzruszając ramionami.
                Prawda była taka, że w tym momencie okłamywałem sam siebie. Chciałem za wszelką cenę udowodnić im i sobie, że Michael to historia. Zepchnąłem obraz Clifforda w najdalsze zakamarki umysłu, mając nadzieję, że dzięki temu przestanę o nim myśleć. Chciałem pokazać, że ta sprawa już mnie nie rusza. Wykorzystać ten wieczór w całości. Zbawić się tak, jak kiedyś. Wiedziałem, że stracę przez to kolejne punkty, ale potrzebowałem kompletnego oderwania się od rzeczywistości. Wypity alkohol dodatkowo mnie nakręcał. Byłem wolny. Chciałem czuć się wolny.
- Skąd wiesz, że on też interesuje się facetami? – wypalił Ash, unosząc brwi.
- Och, wiesz mi, braciszku… Interesuje się – odpowiedział Daniel, chichocząc pod nosem. Kiedy to mówił, nieznajomy blondyn spojrzał w moją stronę, posyłając mi naprawdę uroczy uśmiech. – Nie wiem, tylko kto kogo złapał na haczyk – dodał, spoglądając to na mnie, to na niego. – On czy Hemmo.
- Jak wy to robicie? – zapytał Calum, podchodząc do naszego stolika. Kawałek za nim stała drobna, rudowłosa dziewczyna, z którą przed chwilą bujał się na parkiecie. – Jak zmienia się orientacje, to włącza wam się, jakiś dodatkowy szósty zmysł czy co?
- To przeczucie – powiedział Daniel, wzruszając ramionami. – Nieraz osobę o podobnej orientacji do twojej się wyczuje. Szczególnie, że daje ci odpowiednie znaki.
- Znaki?
- Zobacz na nich – odparł gitarzysta, zerkając na mnie. – Znów złapali kontakt wzrokowy. Hemmo chyba dzisiaj się zabawisz…
- Właśnie na to liczę – rzuciłem, zeskakując z barowego krzesła. Ash zrobił wielkie oczy. – Co? – Przez moment wpatrywał się we mnie w milczeniu. Potem pokręcił głową. – Nawet nie próbuj mi o nim przypominać – warknąłem, kiedy rozszyfrowałem tą jego podejrzaną minę. - Ja i on to definitywny koniec.
                Teraz jeszcze bardziej zapragnąłem poznać tego chłopaka. Chciałem za wszelką cenę udowodnić im, że i ja mam prawo dobrze się bawić i całkowicie wyluzować. Michael mnie nie chciał, a ja miałem dość użalania się nad sobą i tym, jak to się potoczyło.
                 Nie byłam jednak w tej kwestii, aż taki święty i niewinny. Moje postępowanie miało także drugie dno. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli między mną, a tym chłopakiem do czegoś dojdzie, to Michael z pewnością się o tym dowie. To sprawiło, że dążyłem do tego jeszcze bardziej. Udowadniając mu, że mam go gdzieś. By wzbudzić w nim złość i zazdrość. By w jakiś sposób zrobić mu na złość. Wiedziałem, że pod tym względem znów zmieniałem się w dupka, ale to było silniejsze ode mnie. Chciałem się odegrać. Na daną chwilę to było moje postanowienie, którego później będę żałować. Wyrzuty sumienia w końcu mnie odpadną, a ja pewne znienawidzę się przez to jeszcze bardziej. Podjąłem jednak ryzyko. Zabawa przede wszystkim.
- Zaczyna się robić ciekawie – rzucił Daniel, kiedy poprawiłem czarną koszulę. – Ciekawe, który z was będzie na górze…
- Rany, bez takich – jęknął Calum. Zerknął przez ramię na dziewczynę, która w dalszym ciągu na niego czekała. Zabrał z baru dwa drinki. – Nie zapomnij o prezerwatywie, Luke.
- Spieprzaj – mruknąłem, przekręcając oczami, co go dodatkowo rozbawiło. – To samo tyczy się ciebie…
- Ja nic nie robię.
- Żebyś nie został przedwcześnie tatą – odparłem, a Hood skrzywił się. Zmierzył mnie wzrokiem.
- Żebyś nie zaraził się, jakąś chorobą weneryczną – skwitował, a potem ruszył do swojej nowej towarzyszki.
- Myślicie, że ktoś będzie płakał, jak nasz basista zniknie w niewyjaśnionych okolicznościach? – zapytałem ze śmiechem, co chwilę kontrolując blondyna przy stoliku.
- Nie… Hood? Jaki Hood? Nie znam – powiedział Daniel ze śmiechem.
- Nasz zespół jednak składa się z prawie samych idiotów – podsumował Ash, opierając się łokciem o bar. – Wyjątkiem oczywiście jestem ja i…
- Cześć. – Perkusista raptownie odwrócił się w stronę dziewczyny, która pojawiła się bok niego.
- No, cześć…
- Idę stąd, bo puszczę pawia, jeśli usłyszę kiepski flirt w wykonaniu tej kanalii, którą mama kazała mi od małego określać mianem brata – powiedział jednym tchem Daniel. – O! Właśnie na moim radarze pojawiło się fajne męskie ciasteczko. Powodzenia, Hemmo.
- Wzajemnie – rzuciłem, przybijając mu piątkę. Gitarzysta niewiele myśląc ruszył na drugi koniec baru.
                Odwróciłem się, znów spoglądając na nieznajomego blondyna. Chłopak uśmiechnął się po raz kolejny. Ukradkiem rozejrzałem się, by mieć pewność, że nikt z jego znajomych nie wraca do stolika – widziałem, że przyszedł w towarzystwie, jakiś dwóch brunetów. Odruchowo przeczesałem palcami włosy, a potem wziąłem głębszy oddech. Postawiłem wszystko na jedną kartę, idąc w jego kierunku. Zatrzymałem się przy stoliku. Już chciałem się odezwać, ale blondyn mnie uprzedził.
- Właśnie zastanawiałem się, kiedy tu podejdziesz – powiedział z uśmiechem.
- Ile dawałeś mi czasu?
- Niewiele. Sam chciałem to zrobić, jeśli byś się nie zdecydował. Jestem Derek.
- Luke.
- Tak wiem. – Przesunął się, by zrobić mi miejsce obok siebie na kanapie, które zaraz zająłem. – Wiem, że pewnie dużo osób ci to mówi, ale…
- Tak wiem, moja uroda powala – rzuciłem, a potem oboje parsknęliśmy śmiechem.
- Chciałem raczej powiedzieć, że bardzo lubię muzykę, którą tworzysz z chłopakami. – Zagryzłem wargę, a ciemne oczy chłopaka na moment zatrzymały się w tamtym miejscu. Po chwili znów skupiły się na moich błękitnych tęczówkach. Spojrzałem na jego pustą szklankę.
- Co powiesz na drinka?
- Chętnie. Ale…
- Ale?
- Jedna sprawa. Mogę?
- Śmiało.
- Byłem pewny, że jesteś hetero.
- Do niedawna też tak myślałem.
- Coś cię odmieniło?
- Ktoś to zrobił. To długa historia, o której niezbyt chcę mówić. Nie chcę też tego na razie ogłaszać światu, więc byłbym wdzięczny za małą dyskrecję pod tym względem.
- Pewnie.
- Idziemy do baru?

                Nadal trzymałem się postanowienia, że więcej nie piję. Więc kiedy Derek opróżniał kolejną szklankę z drinkiem, ja powoli sączyłem zwykłą colę. Musiałem przyznać, że chłopak wywołał u mnie bardzo pozytywne wrażenie. Doszło nawet do tego, że sam zacząłem bić się w myślach z tym, czy posunąć się dalej czy odpuścić. Nie chciałem go w żaden sposób wykorzystywać. Chyba za bardzo go polubiłem.
                Derek jednak miał inne plany. To on postawił wszystko na jedną kartę. Zaczęło się od niewinnych, drobnych gestów, przypadkowych dotknięć, aż w końcu przeszedł do otwartego kontaktu. Odpowiadałem mu oczywiście tym samym, starając się nie zgubić jego zainteresowania. Do całkowitej zmiany i przeskoku na kolejny poziom, doszło zupełnie niespodziewanie. I z początku żaden z nas nie próbował tego, w jakikolwiek sposób kontrolować.
                 Wpadliśmy do męskiej toalety, która mieściła się na najwyższym piętrze budynku. Dopiero teraz zrozumiałem, co chłopak miał na myśli mówiąc, że tu nikt nie będzie nam przeszkadzał. Wszyscy klienci woleli korzystać z łazienek, które były na dole, niż wdrapywać się na samą górę klubu.
                Blondyn po raz kolejny złączył nas w niechlujnym i chciwym pocałunku, jednocześnie zaciskając palce na mojej koszulce. Wypity przez niego alkohol dawał mu się we znaki, bo Derek przestał być grzecznym i spokojnym kolesiem, którym był wcześniej. Teraz jeszcze konkretniej pokazywał mi to, czego chciał. Zastanawiałem się, ile będzie z tej nocy pamiętał. A był już na etapie zachwiania równowagi i plączącego się języka.
                 Naparłem na niego mocniej, chcąc oddać się tej chwili. Miałem nad nim tę przewagę, że byłem od niego wyższy i bardziej trzeźwiejszy, dlatego łatwiej było mi go zdominować. Gdy zaciągnął mnie do jednej z kabin, od razu przycisnąłem go do ścianki, ponownie łącząc nasze usta. Odrobinę się spiąłem, kiedy jego dłonie z moich pośladków podciągnęły się do góry. Wsunął je pod moją koszulkę, pocierając palcami skórę. Przysunąłem się do niego jeszcze bliżej. Przycisnąłem biodra do jego, czując twarde wybrzuszenie w jego spodniach. Otarłem się o niego raz, a potem kolejny, wydobywając z jego ust głośniejsze mruknięcie. Westchnąłem pod nosem, a następnie mocniej zacisnąłem powieki, kiedy jego chude palce dobierały się do mojego rozporka.
- Lukey…
                Zamarłem, wstrzymując oddech. Odsunąłem się od niego powoli. Ciemne oczy spojrzały wprost w moje. Spoglądałem na niego, tak jakbym zobaczył go po raz pierwszy w życiu. To jedno słowo. Ten sposób wypowiedzenia mojego imienia, sprawił, że moje serce zaczęło bić jeszcze szybciej. Musiałem odwrócić głowę, by się uspokoić. Powiedział to w sposób, w jaki mówił tak do mnie, tylko Michael. I to tak koszmarnie bolało.
- W porządku? – zapytał, opierając głowę o chłodną ściankę toalety.
- Ja… Nie mogę, przepraszam – wydusiłem, odsuwając się od niego jeszcze bardziej. Pospiesznie zapiąłem rozporek. – Nie mogę…
              W tym momencie chciałem się najnormalniej w świecie rozpłakać. Powstrzymałem jednak łzy, choć nie było to łatwe. Zerknąłem raz jeszcze na Dereka. On nie był nim. On nie był moim Michaelem. Nie miał jego ust, nie dotykał mnie w taki sposób, w jaki robił to on. Teraz dopiero zrozumiałem, jak miłość cholernie może boleć. Szczególnie, gdy ta druga osoba nie czuje do ciebie tego samego.
- Luke?
- Przepraszam – wydusiłem, otwierając drzwi.
- Co się stało?
- Ja… Powinienem już iść. I… Tu nie chodzi o ciebie – mamrotałem pod nosem, starając się złagodzić sytuację. – Naprawdę, jesteś cholernie gorący i może w innych okolicznościach… Potoczyłoby się to pewnie inaczej, ale teraz… Przepraszam.
- Rozumiem. – Zerknąłem na niego nie pewnie. – Może jestem trochę rozczarowany, ale rozumiem wszystko. – Kiwnąłem, tylko głową, ruszając w stronę drzwi. Derek już się nie odezwał. Zostawiłem go w łazience, wychodząc na głośny korytarz.
                Zszedłem po schodach, czując, że to już koniec mojej zabawy na dzisiaj. Miałem dość. Znów byłem skopany przez los. Mój nastrój ponownie spadł na sam dół. Chciałem, jak najszybciej odnaleźć jednego z chłopaków i poinformować go, że wracam do domu.
                Podniosłem głowę, by rozejrzeć się po sali. Wtedy też zauważyłem kawałek zielonej czupryny, która po chwili zniknęła w tłumie. Miałem wrażenie, że moje serce na moment się zatrzymało. W mózgu nastąpiła emocjonalna eksplozja, a pierwszą myślą, był Michael.
                Szybko ruszyłem w stronę tłumu ludzi, mając nadzieję, że uda mi się go znaleźć. Przeciskałem się pomiędzy innymi klientami klubu, brnąć do przodu. W połowie drugi znów zamajaczyły mi z daleka zielone włosy. Próbowałem przyspieszyć, by jak najszybciej go dogonić.
                 Wypadłem z bocznego wyjścia na zewnątrz. Poczułem chłodne powietrze na twarzy. Zadrżałem, nerwowo rozglądając się na boki. Gdzie on do cholery był? Prawie potknąłem się o swoje nogi, kiedy ruszyłem w stronę chodnika. Ale i on świecił pustką. Tak samo, jak ulica. Moje oczy momentalnie zaszkliły się, gdy zrozumiałem, jak naiwny byłem. Musiałem mieć pieprzone przewidzenia. Co niby Michael miał robić w tym klubie? Byłem tak owinięty wokół jego palca, że ślepo podążałem za, choć maleńkim fragmentem jego osoby, która okazała się być złudzeniem. Przycisnąłem dłonie do twarzy, czując, jak przechodzą mnie kolejne nieprzyjemne dreszcze. Telepałem się cały, jakbym miał się od tego cholernego żalu i goryczy rozsypać.
                  W końcu zebrałem się w sobie na tyle, by ruszyć się z miejsca. Od razu skierowałem się w stronę postoju taksówek. Chciałem, jak najszybciej znaleźć się w domu. Chciałem, by ten koszmar się skończył. W drodze do jednego z samochodów, wyciągnąłem telefon, by napisać krótką wiadomość do Ashtona. Nie chciałem, by moi przyjaciele denerwowali się moim nagłym zniknięciem.

                  W czasie drogi do domu, w ogóle się nie odzywałem. Wpatrywałem się tępo w szybę, próbując skupić się na mijanych budynkach. Co jakiś czas zaciskałem dłonie w pięści, starając się, jakoś trzymać. By dotrzymać się w całości, aż do momentu, w którym to znajdę się w mieszkaniu.
                  Jak tylko taksówka zatrzymała się pod właściwym adresem, zapłaciłem i nie czekając na resztę, wysiadłem pospiesznie z auta, nawet się nie żegnając. Wpadłem do budynku. Niemalże wbiegłem na górę. Kiedy zatrzymałem się przed swoimi drzwiami, dyszałem, niczym maratończyk, który dobrnął do mety. Jednak nie był to szybki oddech spowodowany wysiłkiem fizycznym. Był to ten rodzaj płytkiego i spazmatycznego oddechu, który wywołują silne emocje. Jakbym miał zaraz doznać ataku paniki.
                  Mimo drżących rąk, udało mi się za pierwszym razem otworzyć drzwi. Wszedłem do środka. Odrzuciłem klucze na szafkę, a potem szybko przeszedłem do sypialni. Usiadłem na podłodze, opierając się plecami o łóżko. Zdążyłem to zrobić, a pomieszczenie wypełniło się dźwiękiem znanego mi dzwonka. Udało mi się wziąć głębszy oddech, wydobywając z kieszeni komórkę. Dzwonił Ashton.
- Tak?
- Chcę, tylko wiedzieć, co się stało i czy nic ci nie jest – powiedział od razu. Zacisnąłem usta, czując, jak pierwsze łzy pojawiają się na moich policzkach.
- Jest okej. Nic mi nie jest. Po prostu nie chciałem przeholować i grzecznie wróciłem do domu. Jestem zmęczony – odpowiedziałem, starając się brzmieć, jak najbardziej naturalnie.
- Na pewno wszystko w porządku?
- Tak, na pewno. Chcę po prostu iść spać. Padam na twarz.
- Jasne.
- Bawcie się dobrze.
- Dzięki, a ty odpoczywaj – rzucił, choć ja wyczułem w jego głosie zawahanie. Miałem ogromną nadzieję na to, że Irwin kupił moją ściemę i nie będzie więcej drążył tematu. Po chwili rozłączył się, a ja odrzuciłem telefon na bok.
                  Przez chwilę wpatrywałem się przed siebie. Wokół mnie panowała cisza. Było też ciemno, bo nie wysiliłem się nawet na to, by zapalić lampkę czy cokolwiek, co dałoby mi odrobinę światła. Miałem to jednak gdzieś. Podkurczyłem nogi, owijając je ramionami. Oparłem na przedramieniu głowę, wypuszczając z ust cichy szloch. Byłem sam. Byłem u siebie. Nie musiałem już dłużej udawać silnego. Nie musiałem zgrywać osoby, która sobie radzi z tym, co się stało. Chciałem dać upust negatywnym emocjom, pogrążając się w bezsilnym łkaniu i skupiając myśli na tej jednej konkretnej osobie, za którą tak cholernie tęskniłem. Której w tym momencie tak bardzo mi brakowało.
                   Podskoczyłem, kiedy poczułem, jak znajome ramiona owijają się wokół mnie. Raptownie podniosłem głowę, odwracając się w stronę chłopaka. Mimo mroku, widziałem jego zielone smutne tęczówki. Po moich plecach przebiegł szybki dreszcz. Zadrżałem, wypuszczając z oczu kolejne łzy. Michael objął mnie mocniej, przyciskając do siebie. Byłem tak blisko niego, że miałem wrażenie, że czuję szybkie bicie jego serca. Znajomy zapach, dotyk i ciepło, jakie mi dawał, koiło i uspokajało. Jednocześnie wywoływało ból.
- Spokojnie, Lukey – wyszeptał, pozwalając mi na to, bym moczył łzami jego koszulkę. – Już wszystko jest w porządku.
- Co tu robisz? – wydusiłem, podnosząc głowę. Ponownie skupiłem się na jego oczach, które tak uwielbiałem. – Dlaczego tu jesteś?
- Kocham cię. – Wstrzymałem oddech. – Kocham cię od dawna, ale cholernie bałem ci się do tego przyznać…
- Ale...
- Nic nie mów, daj mi dokończyć. Kiedy usłyszałem, że i ty to czujesz, spanikowałem. Chciałem się odsunąć, bo byłem przekonany, że będąc obok wywołam jeszcze więcej złego. Nie chciałem cię skrzywdzić. Chciałem byś był szczęśliwy, a wiedziałem, że ze mną nie będzie to możliwe. Chciałem, byś znalazł kogoś, kto da ci to wszystko, na co zasługujesz. Byłem tchórzem, który był całkowicie zaślepiony. – Musnął swoimi ustami moje, zapewne czując słony posmak łez. Od tego czułego gestu dostałem gęsiej skórki. – Kocham cię i jeśli mi pozwolisz, to chcę naprawić to, co zepsułem. Jesteś dla mnie wszystkim. Jesteś moją bratnią duszą, Lukey…
- Ty jesteś moją bratnią duszą – odparłem cicho, dotykając jego dłoni. – Błagam, nigdy więcej mi tego nie rób.
- Nigdy więcej, obiecuję. Nigdy cię nie zostawię. – Kolejne łzy wypłynęły z moich oczu, kiedy przycisnąłem się do jego ciała jeszcze bardziej. – Zawszę będę obok.
- Tak bardzo cię przepraszam, Mikey.
- Nic nie zrobiłeś.
- Nic? – Podniosłem się. – Byłem tak cholernym dupkiem w stosunku do ciebie, że…
- Zasłużyłem na to. Źle to wszystko rozegrałem, a ty wyciągnąłeś błędne wnioski. Nigdy nie chciałem cię wykorzystać. Nigdy nie chciałem cię zranić.
- Przepraszam też za dzisiaj, ja…
- Nie jestem zły o to, co zaszło między tobą a Derekiem.
- Nie, nie, nie...
- Wybaczam ci, słyszysz –powiedział, przejeżdżając palcami przez moje włosy. – To już nie jest istotne.
- Chciałem zrobić ci na złość – wydusiłem, zasłaniając twarz. – Ja chciałem… Tak cholernie się przez to nienawidzę.
- Jest naprawdę w porządku. – Ponownie na niego zerknąłem. Michael uśmiechnął się lekko. – Ale nie powiem, byłem cholernie wściekły i zazdrosny, jak to widziałem.
- Widziałeś?
- Miałem na ciebie podgląd.
- Byłeś w klubie?
- Nie. - Zmieszałem się, odwracając się od niego. Michael jednak złapał za moją brodę, zmuszając do tego, bym znów na niego spojrzał.- To nie mnie widziałeś w środku. To nie za mną szedłeś. Jeden z chłopaków miał jasno zielone włosy, które w ciemnym pomieszczeniu przypominały ci moje. Widziałem cię na ekranie tabletu. Musiałem wiedzieć, co się z tobą dzieje. To było silniejsze ode mnie.
- Teraz tym bardziej mam ochotę strzelić sobie w łeb.
- Nie pozwolę ci na to – powiedział z uśmiechem, obejmując mnie ciasno. – Chociaż nie podobało mi się to, że znów piłeś, mimo zakazu. I nie ukrywam, ale wkurwiłem się, kiedy ten blondas się do ciebie ślinił. Ale zasłużyłem sobie na to.
- Przepraszam.
- Uznajmy, że jesteśmy kwita. Zaczniemy wszystko z czystą kartą, może być?
- Może – odpowiedziałem, czując, że w końcu przestałem się mazać. Uśmiechałem się lekko.
                  Wstrzymałem oddech po raz kolejny, kiedy przesunął palcami po moich policzkach. Zacisnąłem dłonie na jego koszulce, gdy jeszcze bardziej zminimalizował dystans, jaki był między nami. Michael trącił swoim nosem mój, a potem złączył nas w spokojnym i czułym pocałunku. Uderzyło we mnie przyjemne uczucie ciepła, które rozeszło się po całym ciele. Od razu przechyliłem głowę, by móc go pogłębić. Moje emocje huknęły, a ja pałałem się tą chwilą, której mi brakowało. Moje serce biło tak mocno, że miałem wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z klatki piersiowej.
- Tak bardzo za tym tęskniłem – wyszeptał, wprost w moje wargi. – Kocham cię, Lukey.
- Ja też cię kocham, Mikey. 


***
I chłopaki się ogarnęli i pogodzili. Nie mogłam ich za długo trzymać w separacji :D
Do końca tej historii zostały - o ile dobrze pamiętam - jeszcze dwa rozdziały + epilog. 
Mam nadzieję, że się podobało :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje na temat tego, co jest i kiedy jest wrzucane :)

Pozdrawiam i do następnego!

2 komentarze:

  1. Szkoda że zaraz koniec :( Rozdział super i bardzo dobrze że się pogodzili :D
    Pozdrawiam i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szybko zleciało :) Cieszę się bardzo, że rozdział się spodobał :)
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń