sobota, 29 października 2016

#29 Co będzie potem, Mikey?

Miesiąc później

               Wiedziałem, że jestem coraz bliżej. Że powoli zbliżam się ku końcowi. Że niedługo cała praca się skończy, a ja w końcu zyskam uzdrowioną duszę i będę mógł ruszyć dalej, jako ta lepsza wersja mnie. Poznałem swoje błędy, nauczyłem się na nowo patrzeć na świat. Zacząłem zwracać uwagę na drobne detale, które wywołują uśmiech i dają małe drobinki szczęścia i radości. To z nich budujemy całość. To z nich, to fantastyczne uczucie trwa dłużej. A w złych chwilach, dobrze wiemy, że podniesiemy się ponownie. W końcu robiliśmy już to nie raz. Dlaczego teraz ma być inaczej?
              Wiedziałem też, że koniec pracy oznacza koniec pewnego rozdziału. Jednej części historii, którą udało mi się otworzyć. A jej treść wciągnęła mnie całego, pozwalając na nowo zaznać tego mocnego i skomplikowanego, a z drugiej strony tak prostego uczucia, jakim jest miłość. Próbowałem przyszykować się na zakończenie tego fragmentu opowieści, choć to cholernie bolało.
                Niekiedy również chciałem temu zaprzeczać. Robiłem wszystko, by nie myśleć o zbliżającym się końcu rozdziału. Wypierałem to ze świadomości, koncentrując się w całości na osobie, którą miałem obok. A Michael skutecznie mi na to pozwalał, pomijając zdobywane punkty i uzyskane postępy. Pozwalał mi, bym od czasu do czasu był zawieszony pomiędzy wersami. Nie sprowadzał mnie na ziemię, dając mi swobodę wyobrażania sobie tego, że tak mogłoby być już zawsze.
                 Gdzieś w środku czułem, że nasza wspólna historia może mieć całkowity inny koniec, niż ten, którego tak chciwie pragnęliśmy. Byliśmy z dwóch różnych światów, które nijak można było połączyć. Choć Michael wciąż szukał rozwiązania, ja jedyne co mogłem robić, to snuć pozytywne schematy, nie koncentrując się na tych złych. Wierzyłem w to, że być może się uda. Jednak jakąś cząstka mnie, cicho kręciła głową, uznając mnie za zbyt naiwnego.

                 Uniosłem brew, opierając się o framugę drzwi. Michael zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że jestem już w domu. Jakby w ogóle nie słyszał tego, że wszedłem do środka. Próbowałem zrozumieć, co takiego wyprawia, ale jego ruchy były tak chaotyczne, że nic nie przychodziło mi do głowy. Biegał po całej kuchni, zaglądając mi w poszczególne szafki, a także lodówkę. Dopiero kiedy odchrząknąłem, podniósł głowę, a zielone tęczówki skupiły się na moich błękitnych oczach.
- Kurwa – syknął, nadymając policzki. – Co ty tu robisz?
- Mieszkam?
- Co ty tu robisz tak wcześnie? – warknął, niezadowolony.
- Przeszkodziłem ci w obrabianiu mojej kuchni z jedzenia? Jeśli głodujesz, to trzeba było powiedzieć, zrobiłbym większe zakupy.
- Psujesz mi plany!
- Wybacz – odparłem, unosząc ręce w obronnym geście.
- Idź do sypialni i zajmij się czymś… Nie wiem… Pośpiewaj lub coś?
- Robiłem to od rana i…
- To posprzątaj w szafie. Cokolwiek, Luke!
- Masz zły humor? – zapytałem, podchodząc bliżej. Złapałem za skrawek jego czarnej koszulki, lekko ciągnąc za materiał. – Co jest z tobą, Mikey?
- Chcę zrobić coś miłego – jęknął, tonem niezadowolonego dziecka. – Dla ciebie!
- O! Więc to niespodzianka?
- Którą psujesz. A teraz wypad – rzucił, wskazując na drzwi od sypialni.
- Jesteś dziwny.
- Jestem oryginalny – skwitował, a ja w końcu zobaczyłem na jego twarzy pogodny uśmiech. – A teraz naprawdę sobie idź.
- Długo ci to zajmie?
- Nie. Cierpliwości.
- To jakaś specjalna okazja?
- Nie powiem.
- Mikey – tym razem to ja jęknąłem z rozczarowaniem, widząc, że nie chce puścić pary z ust.
- Sio! Tu się pracuje!
- Ale…
- Wypad, bo wywalę cię stąd siłą.
- Nie zrobisz tego – powiedziałem, nachylając się w jego stronę. Oblizałem dolną wargę, a Michael zaśmiał się cicho pod nosem.
- Chcesz się przekonać?
- A idź ty…
- Nie, to ty idź – odparł, odwracając mnie i wypychając z kuchni. – Proszę cię o dłuższą chwilę, okej?
- Niech ci będzie – powiedziałem, wzruszając ramionami.
                  Zdołałem zrobić krok do przodu, kiedy Clifford klepnął mnie w lewy pośladek, abym się pospieszył. Pokręciłem głową i posłusznie ruszyłem do sypialni. Chciałem udawać, że wcale mnie to jego zachowanie i obiecana niespodzianka nie rusza. Prawda była jednak taka, że od środka zżerała mnie ciekawość. Nie mogłem się doczekać tego, co planuje. Miałem tylko nadzieję, że będzie to w miarę bezpieczne.

               Michael nie kłamał. Dłuższa chwila w jego wykonaniu naprawdę oznaczała długi czas oczekiwania. Z początku próbowałem podsłuchać tego, co dzieje się za ścianą. Jednak nie dochodziły do mnie żadne dźwięki. Zrezygnowałem, próbując znaleźć sobie coś do roboty. Postanowiłem posłuchać muzyki. Założyłem słuchawki na uszy, a następnie rzuciłem się na łóżko, mając nadzieję, że czas szybciej mi zleci. Nic z tego. Z nudów odpłynąłem zupełnie. Nawet nie pamiętałem momentu, kiedy zamknąłem oczy, pogrążając się w popołudniowej drzemce.
               Drgnąłem czując, jak ktoś ściąga mi słuchawki. Poruszyłem się po raz kolejny, czując znajomą dłoń na plecach. Jego ręka przemknęła po materiale mojej koszulki. Opuszkami palców zahaczył o kark, wywołując szybki dreszcz, który przebiegł po moim kręgosłupie. Powoli rozchyliłem powieki. Uśmiechnąłem się, mając przed oczami zadowoloną twarz Michaela.
- Moja Śpiąca Królewna – zagruchał, a ja dla zasady odepchnąłem go. – Wyglądałeś tak słodko, że naprawdę nie chciałem cię budzić. Potem przypomniałem sobie o swojej niespodziance i… Wtedy przestałeś być słodki.
- Jesteś podły.
- Nie, podekscytowany – rzucił, klepiąc mnie po ramieniu. – Wstawaj, Lukey! Nie mogę się doczekać, kiedy to zobaczysz.
- Co takiego?
- Nie powiem. Musisz sam zobaczyć. Idziemy i…
- Ale poczekaj… Daj mi się ogarnąć i…
- Nikt nie będzie cię oglądał. Masz – machnął mi ręką przed oczami – świeży oddech, nienaganna fryzura i niepogniecione ubranie. Lepiej? - Teraz poczułem się, jak po porannym prysznicu. Michael i te jego niecodzienne zdolności. 
- Co? Jak?
- Uznaje to za tak, a teraz gazu! Idziemy na dach!
- Jak na dach i…
- Normalnie, po drabinie – rzucił, ciągnąc mnie w stronę drzwi. – Buty masz?
- Nie, bo…
- Już masz – skwitował, a ja zerknąłem w dół. Faktycznie, na moich stopach pojawiły się czarne trampki. – Idealnie, misiaczku. Wyglądasz, jak milion dolarów. – Uniosłem brwi. – Posłodziłem ci, więc teraz przejdźmy już do momentu, w którym wychodzimy z mieszkania.
- Ja za tobą nie nadążam – mruknąłem, grzecznie za nim idąc.
- Mam nadzieję, że naprawdę ci się spodoba, Lukey. Nie chciałem robić, czegoś oklepanego. Dzisiaj jest ważny dzień i chciałem go, jakoś podkreślić. Wiesz… Zaakcentować i…
- Oświadczysz mi się?
- Aż tak to cie nie lubię – mruknął, zerkać na mnie przez ramię. Spojrzałem na niego z nieukrywanym oburzeniem. – Żartowałem, moje ty złotko. – Zatrzymał się na chwilę. Odwrócił się, całując mnie szybko i przelotnie.
- Ćpałeś coś? Jakieś zielsko z Nieba czy jak? – zapytałem, kiedy znów pociągnął mnie w stronę drzwi.
- Po prostu… Chce byś to zobaczył – powtórzył, a ja postanowiłem odpuścić. 
                Michael był tak nakręcony, że i tak prawdopodobnie nic bym z niego wcześniej nie wyciągnął. Pozostało mi, tylko pójście za nim i przekonanie się na własne oczy, co takiego przygotował dla mnie skrzydlaty. Zastanawiałem się też, co za ważny dzień ma na myśli.
                Dopiero kiedy przeszliśmy przez salon, zorientowałem się, że na dworze zrobiło się granatowo. Powoli zapadał zmierzch. Michael dalej prowadził mnie w stronę wyjścia. W końcu znaleźliśmy się na korytarzu. Chłopak zamknął drzwi, a następnie oboje skierowaliśmy się na górę. Kolejny postój zaliczyliśmy przy drabinie, prowadzącej na dach.
- Idź pierwszy – powiedział, z szerokim uśmiechem.
                Widziałem w jego oczach te wesołe ogniki. Naprawdę Clifford był mocno podekscytowany tym, co zaraz miało się stać. Odpowiedziałem uśmiechem, a następnie bez słowa, zacząłem wspinać się na górę. Miałem nadzieję, że nie przygotował żadnej zasadzki czy psikusa, po którym mógłbym paść na zawał. Ale to było zupełnie co innego.
                Jak tylko moje nogi znalazły się na stabilnym gruncie, mogłem w końcu się wyprostować. Wtedy to zobaczyłem. Moje usta rozchyliły się, a oczy zrobiły się wielkości spodków. Widok był niesamowity. Na samym środku dachu rozłożony został szeroki, ogromny materac – byłem pewny, że Michael maczał palce w jego rozmiarach, robiąc te swoje anielskie hokus-pokus – na nim znajdowały się poduszki i koce. Wokół zawieszono liczne lampki, które dodawały temu miejsca klimatu i uroku. Z bok stała czarna torba, a tuż obok niej butelka szampana i dwa kieliszki.
- I jak?
- Nie wiedziałem, że jesteś taki romantyczny, Mikey.
- Przesadziłem? – zapytał, a ja dostrzegłem w jego oczach zakłopotanie. Złączył ze sobą dłonie, co jakiś czas nerwowo wyginając pojedyncze palce.  – Możemy to ściągnąć i… Możemy wrócić do domu, jeśli chcesz i…
- Mikey – przerwałem mu z uśmiechem. – Jest magicznie. – Dotknąłem jego policzka, a on znów rozpromienił się.
- Nie chciałem zabierać cię na kolację ani nic takiego, ale… Chciałem, by ten wieczór był jeszcze bardziej podkreślony. By… Wywoływał miłe wspomnienia.
- Z pewnością będzie – odpowiedziałem, łapiąc go za rękę. Poczułem, jak jego palce zaciskaj się na mojej skórze. – Zaskoczyłeś mnie.
- Ale pozytywnie?
- Oczywiście i wyluzuj.
- Nie chcę, by coś nie wyszło.
- Zdradzisz mi powód tego małego święta?
- Chodź – powiedział, prowadząc mnie w stronę materaca. – Ludzie nas nie widzą i nie słyszą. Mamy cały dach i niebo nad nami, tylko dla siebie.
               Usiadłem jako pierwszy, nie odrywając od niego wzroku. Chłopak uśmiechnął się po raz kolejny, podchodząc do szampana. Zasłonił szyjkę dłonią. Gdy odciągnął rękę, butelka była już otwarta. Nalał trunku do kieliszków. Podał mi jeden, zajmując miejsce obok mnie. Przez chwilę spoglądaliśmy na siebie w milczeniu, a ja mogłem podziwiać odbijające się w jego tęczówkach światełka, które zawieszone były nad naszymi głowami.
- Powiesz mi w końcu, co to za okazja?
- Dzisiaj właśnie zyskałeś ostatni dobry uczynek.
- Co takiego zrobiłem?
- Powstrzymałeś kłótnię między Irwinami. Przemówiłeś im do rozsądku, dzięki czemu mogliście dokończyć pracę.
- To też się liczyło?
- Owszem. Łagodzenie konfliktów to dobra umiejętność, warta nagrody. Zrobiłeś to, bo tego chciałeś, a nie, że tak trzeba było. Zrobiłeś to, co podpowiadało ci serce, a nie mózg. W jakiś sposób zawalczyłeś o przyjaciół.
- Więc…
- Zgromadziłeś wszystkie dziewięćdziesiąt dziewięć uczynków – dopowiedział, a potem stuknął swoim kieliszkiem w mój. – To jest twój dzień. Moja misja naprawienia twojej duszy jest skończona i zakończona sukcesem.
                Zagryzłam wargę, odwracając od niego wzrok. Powinienem się cieszyć, ale jedyne, co w tym momencie chciałem zrobić, to uciec do swojego pokoju i udawać, że ten dzień nie istnieje. Że to nigdy się nie wydarzyło. Ta reakcja spowodowana była tym, że doskonale wiedziałem, co też oznacza koniec pracy z Michaelem. Rozstanie. Może nie ostateczne, może niezbyt długie, ale jednak rozstanie. Zacisnąłem zęby, czując niemiłe ukłucie w klatce piersiowej.
- Lukey?
- Jest w porządku – odparłem, starając się brzmieć przekonywująco. Spojrzałem na niego ponownie, uśmiechając się lekko. – Nie sądziłem tylko, że to skończy się tak nagle.
- Mamy przed sobą jeszcze ten wieczór i noc.
- Co będzie potem, Mikey? – zapytałem, starając się nie poddać złym emocjom. Naprawdę nie chciałem się teraz rozkleić.
- Dalej będę szukał rozwiązania, aby być z tobą – odpowiedział cicho, gładząc mój policzek. – Obiecuję, że zawsze będę przy tobie. Może nie tak, jak w ten sposób. Może nie dane nam będzie, przez jakiś czas takie widzenie. Ale będę… Tutaj – pociągnął, dotykając mojej klatki piersiowej, w miejscu w którym znajdowało się serce. – I musisz o tym pamiętać. Obiecaj mi to, okej?
- Obiecuję –wydusiłem, dodatkowo kiwając głową. Jego palce po raz kolejny musnęły skórę na mojej twarzy. – Obiecuję ci to. A ty obiecaj, że nigdy mnie nie zostawisz.
- Obiecuję. - Podniósł moją wolną dłoń, całując lekko jej wierz. - W takim razie twoje zdrowie, Lukey.
- Nasze zdrowe – poprawiłem go i tym razem to ja stuknąłem go kieliszkiem.
                  Chłopak uśmiechnął się szeroko. Przystawiłem kieliszek do ust, biorąc niewielki łyk trunku. Czułem, jak w środku cały dygoczę. Tak cholernie nie chciałem, by mnie zostawiał. Nawet, jeśli to nie miało to trwać długo. Obawiałem się tego, że bez niego zupełnie sobie nie poradzę. Że nie będę potrafił normalnie funkcjonować z pustką, jaką po sobie zostawi.
                  Kiedy odstawiłem kieliszek na bok, Michael zrobił to samo. Ani na moment nie spuszczał ze mnie wzroku, dokładnie śledząc każdy mój ruch. Każdą najdrobniejszą zmianę i emocję. Chciałem po raz kolejny uśmiechnąć się, ale chłopak miał całkiem inne plany. Ujął moją twarz w dłonie, przybliżając się jeszcze bardziej.  Złożył na moich ustach delikatny pocałunek, od którego zakręciło mi się w głowie. Objąłem jego kark, zaciskając palce na materiale jego koszulki. Miałem wrażenie, że jak tylko go puszczę, to stracę go już na zawsze. Że już nigdy więcej go nie zobaczę. Było to całkiem irracjonalne podejście, skoro zapewniał mnie, że zawsze będzie zemną. Dopiero po chwili zorientowałem się, że bałem się samotności, jaką może wywołać swoim odejściem. Bez niego nic nie istniało. Bez niego, byłem tylko zarysem własnego siebie. Wtedy też doskonale zrozumiałem jego słowa na temat bratniej duszy. Ludzie też mogli tego doświadczyć. Ludzie też mogli ją odnaleźć. A ja swoją trzymałem właśnie teraz w ramionach, nie chcąc pozwolić jej odejść.

                 Była to jedna z najlepszych nocy, jakie w życiu przeżyłem. Będąc z nim na dachu, otoczony małymi lampkami i czarnym niebem, które było usłane gwiazdami. On i ja. Razem. Nie chciałem, by ten czas w ogóle mijał. Chciałem, by zamknięto nas w tej chwili, bez możliwości powrotu. Wtedy mógłbym być z nim na zawsze.
                 Byłem pewny, że ta noc wyryje mi się mocno w pamięci i nie zapomnę jej do końca życia. Choć Michael raz za razem powtarzał, że nie jest to pożegnanie, a po prostu dłuższe do zobaczenia, ja i tak nie mogłem powstrzymać bardziej pesymistycznej wersji, jaka się pojawiła. W tym momencie byłej jednocześnie smutny i przybity, a także szczęśliwy i spokojny, mając go obok siebie. Jego głos, każda najmniejsza i najczulsza pieszczota, wywoływała na mojej twarzy uśmiech. Chwila uniesienia i to, w jaki sposób kochaliśmy się ze sobą na dachu, była inna i wyjątkowa. A ja chciałem to wszystko zamknąć w małym pudełeczku i nigdy o tym nie zapomnieć.
                  Najcięższym momentem był powrót do domu. Jakbyśmy obaj zderzyli się z brutalną rzeczywistością. Wtedy też doszło do naszego – jak to Michael określił nie-pożegnania. Tam po raz kolejny zapewnił, że zawsze ze mną będzie. Że nigdy mnie nie zostawi. Wtedy jeszcze trudniej było mi uwierzyć w to, co obiecywał. Chciałem nadal być naiwny i spijać te słowa z jego ust, nie dopuszczając do siebie żadnej innej wersji. 
                 Kiedy nasze usta połączyły się ze sobą po raz ostatni, nie powstrzymałem samotnej łzy, która spłynęła mi po policzku. Gdy oderwałem się od niego, Michaela już nie było. Byłem sam w swoich czterech ścianach, z rozdartym sercem, które niedawno poskładałem do kupy. Ale wiedziałem, na co się piszę. Wiedziałem, że to będzie cholernie bolało. Wiedziałem też, że muszę się znów podnieść i czekać na to, co przyniesie mi los. Być może nie wszystko jest definitywnie zakończone?


Trzy miesiące później

                 Podniosłem obie ręce do góry, słysząc piski i krzyki dochodzące z publiki. Zaraz obok pojawiła się reszta zespołu. Calum i Ash objęli mnie w pasie. Daniel pojawił się przy nas na samym końcu. Wykonaliśmy wspólny ukłon w stronę naszych fanów, którzy od tak dawna dawali nam wsparcie. Pożegnaliśmy się z nimi, raz za razem machając, kiedy kierowaliśmy się w stronę kulis.
                 Wziąłem głęboki oddech, czując, jak adrenalina nadal buzuje mi w żyłach. Jak pobudza mnie do dalszego działania. Choć byłem cholernie zmęczony, to jednak te emocje, które pojawiały się na koncertach, sprawiały, że dostawałeś energicznego kopniaka i musiałeś odczekać swoje, by twój organizm i mózg wrócił na normalne rytmy funkcjonowania.
                 Spojrzałem przed siebie, zatrzymując wzrok na idących chłopakach. Na ich święcących od potu twarzach, widniały szerokie uśmiechy. Moje kąciki ust również podjechały do góry. Wtedy też pomyślałem o nim.
                  Ja i Michael nie widzieliśmy się od trzech miesięcy. Jedyne, co mi po nim zostało, to mała karteczka, jaką znalazłem rano po przebudzeniu się, zaraz po nocy, którą spędziliśmy na dachu. Była to cząstka jego, która mi po nim pozostała. Coś, co jeszcze bardziej urealniało jego postać. Że faktycznie tu był. Nawet wspólne zdjęcia nie były dla mnie tak mocno ważne, jak te kilka słów, które wypisał.

Idź tą drogą, Lukey. Jesteś wspaniałym człowiekiem. 
Kocham Cię. 
M.C.

                  Przez pierwsze dwa tygodnie ta krótka wiadomość była ze mną niemalże wszędzie. Wkładałem ją odruchowo do kieszeni czy portfela, a potem po przyjściu do domu, ustawiałem ją na szafce przy łóżku. Wiedziałem, że pod tym względem moje zachowanie jest idiotyczne, ale mając ją przy sobie, czułem się pewniejszy i silniejszy. Te kilka słów mnie uspakajało. Pomagało też iść w tym kierunku, który mi wyznaczył z początku. By być lepszy i nie poddawać się. Przestałem ją ze sobą nosić, kiedy któregoś dnia, przez przypadek spadła mi pod łóżko, a ja ze łzami w oczach przez ponad godzinę, nerwowo szukałem jej po całej sypialni. To był też moment, by się od niej uwolnić i zacząć jeszcze bardziej samodzielne funkcjonowanie.
                 Nie próbowałem zaprzeczyć temu, że cholernie za nim tęskniłem. Wierzyłem w to, że jego nieobecność spowodowana jest dalszym szukaniem rozwiązania. W końcu po ciągłym powtarzaniu tego samego, to wsiąknęło tak mocno w mój mózg i moje myśli, że nie dopuszczałem do siebie tego, że może być inaczej. Dlatego nie denerwowałem się, kiedy się nie pojawiał. A liczyłem na to, że być może chociaż raz zjawi się niespodziewanie w moim mieszkaniu. By chociaż przez kilka minut móc mnie zobaczyć. Bym ja mógł zobaczyć jego. To się jednak nigdy nie stało. Michael zaszył się w Niebie, a ja wciąż tkwiłem na Ziemi.
                Musiałem też wymyślić dobrą historyjkę o jego zniknięciu. Chłopaki zadawali mi wiele pytań, na które ja nie mogłem im odpowiedzieć prawdą. Dlatego wciskałem im zwykły kit o rzekomych problemach rodzinnych Clifforda. I to poskutkowało. Pytań było coraz mniej, aż w końcu zniknęły zupełnie. Tak, jak on.
- Luke? - Podniosłem głowę, spoglądając na Asha, który się odwrócił. – Strzelimy sobie jeszcze kilka fotek na pamiątkę w garderobie?
- Pewnie. Tylko nie wrzucaj tego bez…
- Oczywiście, że wrzucę – odparł ze śmiechem. – Nadal mam w planach zrobienie ci najbardziej obciachowej foty w całym twoim życiu.
- Pobije to obciachowe zdjęcia z dzieciństwa? – zapytałem z uśmiechem.
- Oj, tak…
- W takim razie wypisuję się z tego gównianego zespołu.
- Wal się, Hemmings! – krzyknął Daniel, pokazując mi środkowy palec. Parsknąłem śmiechem.
                 Przerzuciłem wilgotny od potu ręcznik przez ramię. Nie mogłem się doczekać tego, aż w końcu wyląduję pod prysznicem. Koszulka lepiła mi się do ciała, a do tego czułem, że naprawdę nie za dobrze pachnę. I zrobiłem się głodny. Mimo wszystko nie zmieniłby tego wszystkiego na nic innego. Kochałem stać na scenie. I widząc po minach i reakcjach chłopaków, oni czuli to samo.
                 Postawiłem stopę na kolejnym schodku, obserwując przekomarzających się ze sobą Caluma i Daniela. Ashton wyprzedził ich, pędząc w stronę korytarza. Wziąłem kolejny głębszy wdech. 
                 Nagle moja noga poślizgnęła się na stopniu. Próbowałem złapać się dla równowagi barierki. Ręką jednak tylko o nią zahaczyła, powodując to, że moje ciało zamiast do przodu, poleciało w bok. Miałem wrażenie, że widzę swój upadek w zwolnionym tempie. Ręcznik zsunął mi się z ramienia, a ja machałem rękami, mając nadzieję, że jakoś złagodzę to bliskie spotkanie z podłogą. Nic z tego. 
                 Gruchnąłem na ziemię, jak szmaciana lalka. Rozległ się głośny huk, kiedy zahaczyłem o stojące obok głośniki i inne sprzęty, które trzymaliśmy blisko sceny w razie nagłych wypadków czy awarii. Ostatnie, co poczułem, to mocny ból głowy i ciepłą ciecz spływającą po policzku. Ostatnie, co zobaczyłem, to krew zachodzącą mi na oczy. Dźwięki stawały się niewyraźne, jakby dochodziły z oddali. Po chwili zapanowała całkowita ciemność i cisza. Poczułem błogi spokój. Czy to wszystko ma się tak właśnie skończyć?



***
Takim oto akcentem kończymy ostatni rozdział tego ff. Jutro pojawi się epilog, więc ostatecznie pożegnamy się z tą historią :) 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu - co powiedzie na temat romantycznego Clifforda? XD Mieliśmy też małe przeskoki w czasie.

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Dziękuję również za wszystkie otrzymane komentarze!

Pozdrawiam i do następnego :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz